Jonge Mingjur Rinpocze – Ego jako proces

Często używa się pojęcia „ego”, aby opisać skupioną na sobie, fałszywą zewnętrzną warstwę naszego ja i często mówi się o uwalnianiu się od ego, rozpadzie ego lub wykraczaniu poza ego. Ja sam traktowałem „dokładanie drewna do ognia” jako misję prowadzącą do samobójstwa ego. Jednak sposób, w jaki zazwyczaj używa się pojęcia ego, zarówno w naukach buddyjskich, jak i na całym świecie, sprawia, że ego wydaje się bytem mającym kształt i rozmiar, który można usunąć niczym ząb. To tak nie działa. Ego nie jest obiektem; bardziej przypomina proces będący konsekwencją skłonności do chwytania i trzymania się sztywnych idei i tożsamości. To, czemu nadajemy nazwę ego, jest tak naprawdę nieustannie zmieniającą się percepcją i chociaż pełni kluczową rolę w naszych narracjach, nie jest to rzecz. Dlatego tak naprawdę nie może umrzeć, nie może zostać zabite ani przekroczone. Ta skłonność do chwytania się występuje, gdy nieustanny przepływ naszego ciała i umysłu jest przez nas błędnie postrzegany jako trwałe, niezmienne ja. Nie musimy pozbywać się ego – tego niezmiennego, trwałego i niezdrowego poczucia własnego ja – bo tak naprawdę ono nigdy nie istniało. Klucz w tym, że nie można zabić ego, którego nie ma. To wiara w stabilne, niezmienne ja umiera. Pojęcie ego może wciąż być użytecznym odniesieniem, ale musimy uważać, aby nie stawać do walki z czymś, czego nie ma. Jak na ironię, gdy walczymy z ego, wzmacniamy iluzję dotyczącą naszego ja, co sprawia, że nasze wysiłki mają odwrotny skutek.

Często ego opisuje się za pomocą negatywnych pojęć, zwłaszcza wśród buddystów, więc mój ojciec przypominał mi, że mamy też zdrowe ego – zdrowe poczucie własnego ja. Chodzi o takie aspekty naszego ja, które intuicyjnie rozróżniają dobro od zła, znają różnicę pomiędzy ochroną i szkodą, mają wrodzoną zdolność rozpoznawania tego, co szlachetne i zdrowe. Błąd popełniamy tylko wtedy, gdy przywiązujemy się do tych pierwotnych instynktów i tworzymy wokół nich wydumane historie. Ja na przykład korzystałem z ego w pozytywny sposób w celu poznania i zachowania klasztornej dyscypliny. Gdybym jednak zaczął myśleć: „Ach, jestem takim czystym mnichem. Tak wspaniale dotrzymuję swoich ślubów”, miałbym duże kłopoty.

Gdy głębiej zastanowiłem się nad trudnością, jaką sprawia mi „tyle nowych doświadczeń naraz”, zobaczyłem swoje ego jako proces, a nie coś stałego. Nie byłem w stanie pozwolić, aby wszystkie moje dawne tożsamości umarły od razu. Potrzebowałem czasu. Musiałem przebić się przez wszystkie warstwy. Zaakceptowałem fakt, że role, które chciałem rzucić na stos, były czymś sztucznym, a nie wrodzoną częścią mnie. Nie można jednak było ich usunąć z chirurgiczną precyzją. Wrosłem w nie i musiałem teraz z nich wyrosnąć”.

Jonge Mingjur Rinpocze – ZAKOCHANY W ŚWIECIE (strony 64-64)