Tenzin Palmo – Cztery Szlachetne Prawdy: Prawda o Cierpieniu

Czasami w kręgach tybetańskiej mahajany Budda Śakjamuni bywa nieco pomijany. Istnieje tam tyle egzotycznych bóstw, że ludzie niemal o Buddzie zapominają. „Kto to? Ach tak, ten gość z dawnych czasów…”. Dlatego uważam, że ważne jest powrócenie do korzeni, do prawdziwego fundamentu, z którego wyrosło wszystko w kolejnych stuleciach. Co jest bardziej fundamentalne dla buddyjskiego spojrzenia niż pierwsze kazanie, które Budda wygłosił o Czterech Szlachetnych Prawdach?

Dla tych z was, którzy nie mają pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, zacznę od nakreślenia kontekstu. Jesteśmy w północnych Indiach 2500 lat temu, na dzisiejszej granicy z Nepalem, w małym królestwie Śakjów. W rzeczywistości w Nepalu do dziś żyją potomkowie rodu Śakjów. Nie jest to więc mit ani bajka. Śakjowie naprawdę istnieli. W tej małej republice żył Budda, który w tamtym czasie był księciem Siddharthą Gautamą. Mieszkał w pałacu z ojcem, macochą i żoną. Żył w wielkim odizolowaniu, ponieważ przy jego narodzinach jasnowidz przepowiedział ojcu, że chłopiec zostanie albo władcą uniwersalnym – wielkim królem – albo opuści świat i zostanie Buddą, oświeconym. Ojciec bardzo bał się, że syn porzuci świat, więc robił wszystko, co w jego mocy, by go chronić, chcąc, aby został wielkim królem. Dlatego Budda jako książę był bardzo rozpieszczany i odizolowany od zewnętrznego świata.

Pewnego razu, będąc już dorosłym, poprosił o pozwolenie na wyjście na zewnątrz, by rozejrzeć się po królestwie. Wyszedł – niektórzy mówią, że przy trzech różnych okazjach – i to, co zobaczył, to: chorego człowieka przy drodze, niesione zwłoki oraz kuśtykającego, bardzo starego człowieka. Cokolwiek go poruszyło – czy to fakt, że nigdy wcześniej nie widział choroby, starości i śmierci, czy też po raz pierwszy uderzyło go to tak głęboko – poczuł się wstrząśnięty do głębi swojej istoty i mocno tym zaniepokojony.

Pozwolę sobie na małą dygresję. Dorastałam w Londynie i miałam bardzo przyjemne dzieciństwo. Nic nie było w nim nie tak, choć mój ojciec zmarł, gdy miałam dwa lata, a mama wychowywała mnie i brata sama. Żyliśmy w szczęśliwym i harmonijnym domu. Pewnego razu, gdy miałam około 13 lat, spędziłyśmy z mamą miły wieczór u wujostwa. Czekałyśmy na przystanku na autobus do domu. Nagle zaczęłam obserwować te wszystkie przejeżdżające autobusy pełne ludzi – niektórzy rozmawiali, inni czytali, drzemali lub patrzyli przez okno. Pomyślałam: „Wszyscy ci ludzie zachorują, zestarzeją się i umrą. A jeśli się nie zestarzeją, to dlatego, że umrą młodo. Wszyscy będziemy chorzy, wszyscy się zestarzejemy, wszyscy umrzemy”. To była nagła intuicja dotycząca naszej prawdziwej sytuacji. To tak, jakbyśmy wszyscy byli w pociągu, który zaraz się rozbije, ale nie wiemy kiedy. Wiemy tylko, że tak się stanie. Czy w takiej sytuacji naprawdę siedzielibyśmy, gapiąc się przez okno lub czytając książkę? Czy nie porządkowalibyśmy swojego życia, myśląc o tym, co jest w nim ważne, a co nie?

Powiedziałam więc mamie: „Wiesz, wszyscy się zestarzejemy, zachorujemy i umrzemy. Naprawdę, życie jest pełne cierpienia”. Ona sama przechodziła straszne choroby, miała ogromne długi i mnóstwo problemów, zmagając się z naszym wychowaniem. Mimo to odpowiedziała: „Tak, są trudne rzeczy w życiu, ale są też miłe”. Pomyślałam wtedy: „Nie rozumiesz! Gdyby nie było choroby, starości i śmierci, byłoby w porządku, ale one są. To unieważnia całą resztę. Nie przygotowujemy się na to, nie jesteśmy na to gotowi”.

Pięć lat później, kiedy przeczytałam opis Buddy widzącego starca, chorego i zwłoki, w niewielkim stopniu zrozumiałam to, co on pojął w tamtym momencie. Później Budda dostrzegł postać ascety, który przechodził obok, wyglądając bardzo spokojnie w swoich żółtych szatach, i zdał sobie sprawę, że wyrzeczenie jest wyjściem z tego dylematu. Ja w tamtym czasie nie widziałam nikogo duchowego. Musiałam poczekać.

Kluczem było to, że Budda dostrzegł, iż pod przykryciem naszego zwyczajnego, codziennego życia kryje się widmo choroby, ciągłego starzenia się i ostatecznie śmierci – śmierci, której nigdy nie możemy przewidzieć, bo nie wiemy, kiedy nadejdzie. Później Budda powiedział, że jedyną pewną rzeczą w życiu jest śmierć. Wszyscy umrzemy, tego możemy być pewni. Mówi się: co nastąpi wcześniej – następny oddech czy następne życie? Kto wie? Nie wiemy. Ludzie mają nagłe ataki serca i odchodzą. Któregoś dnia byłam w Melbourne i wcześnie rano szłam na wykład. Po drodze widziałam dzieci szkolne stojące oszołomione obok autobusu. Na środku drogi leżała młoda kobieta, którą właśnie ten autobus potrącił. To było tak świeżo po wypadku, że ciało nie było nawet przykryte. Wszyscy wokół byli w szoku. Ta młoda kobieta nie myślała: „Och, dzisiaj umrę”. Miała zaplanowany poranek. Pewnie też to, co zrobi jutro, w przyszłym tygodniu i za rok. I nagle – ciach – następne życie.

Zatem nie wiemy, a większość z nas jest całkowicie nieprzygotowana. To właśnie Bodhisattwa (przyszły Budda) dostrzegł intuicyjnie w tamtym momencie: życie jest tak niepewne. Wtedy stracił cały smak do pałacowych przyjemności, nawet do żony i rodziny. Był głęboko poruszony. Pomyślał: „Życie ma ten podskórny nurt niepewności i braku satysfakcji. Dlaczego tak jest i co możemy zrobić, aby wyjść poza ten nieustanny cykl narodzin, śmierci, odrodzin i ponownej śmierci, będąc ciągle przetwarzanym?”. Kiedy zobaczył postać ascety, postanowił opuścić dom. Pomyślał: „Muszę poświęcić temu całą uwagę. To najważniejsza rzecz do zrozumienia: dlaczego cierpimy?”.

Ważne jest to, że on miał wszystko. To nie było tak, że osobiście cierpiał z braku czegoś. Był młody, przystojny, niezwykle utalentowany, wysportowany, miał kochającą, piękną żonę i cały harem podziwiających go konkubin. Żona właśnie urodziła mu syna; ojciec go kochał, macocha go kochała; wszyscy go kochali. Miał wszystko, co – jak nam się mówi – daje całkowite szczęście. Miał to i nie był szczęśliwy.

To kluczowa kwestia. Kiedy książę Siddhartha opuścił pałac, porzucił wszystko, o czym społeczeństwo mówi nam, że jest niezbędne do szczęścia. Szukał znaczenia tego głębokiego niezadowolenia z życia, które trwa nawet wtedy, gdy na powierzchni wydaje się, że mamy wszystko. Najpierw udał się do nauczycieli medytacji, którzy uczyli wyciszenia (siamatha). W tych typach medytacji osiąga się coraz subtelniejsze poziomy umysłu, aż ciało przestaje mieć znaczenie. Nie jesteśmy już w ciele, jesteśmy całkowicie w umyśle, w bardzo wysokich stanach „ani postrzegania, ani nie-postrzegania”, w nieskończoności świadomości, nieskończoności przestrzeni – na bardzo rzadkich poziomach medytacyjnych. Osiągnął te stany, które w tamtym czasie uważano za wyzwolenie. Zdał sobie jednak sprawę, że to nie jest wyzwolenie; te stany wciąż mieszczą się w sferze narodzin i śmierci. One wciąż nie wyjaśniały cierpienia ani jego przyczyn.

Książę Siddhartha opuścił więc tych guru i wędrował z pięcioma towarzyszami, przez wiele lat praktykując skrajną ascezę. Wcześniej pławiąc się w luksusach, całkowicie dogadzał zmysłom. To nie przyniosło szczęścia. Poszedł więc w drugą stronę i spróbował skrajnej deprywacji, ostatecznie żyjąc o jednym ziarnku ryżu dziennie, aż jego ciało stało się tak słabe, że ledwo mógł chodzić. Ale umysł wciąż nie był wyzwolony. To również nie była odpowiedź. Wtedy przyjął posiłek – ryż na mleku – od wiejskiej dziewczyny w pobliżu rzeki w Biharze. Chciała złożyć ofiarę duchowi drzewa, ale kiedy zobaczyła siedzącego tam Bodhisattwę, uwierzyła w niego i zamiast tego ofiarowała ryż jemu. Przyjął go i zjadł. Tymczasem jego dotychczasowi towarzysze uznali, że porzucił surowe praktyki i stał się pobłażliwy. Poczuli odrazę, opuścili go i odeszli.

Bodhisattwa został sam na brzegu rzeki. Wykąpał się w niej i złożył ślubowanie, że osiągnie stan Buddy w tym życiu albo podda się całkowicie i zginie, ponieważ życie nie miałoby więcej sensu, gdyby nie mógł przebić się do ostatecznej rzeczywistości.

Usiadł i medytował pod drzewem Bodhi, wspominając czas, gdy jako chłopiec obserwował ojca przy rytualnej orce. Użył wtedy umysłu, by zajrzeć do wewnątrz i skierował swoje zdolności analityczne, by schodzić coraz głębiej w sam umysł. Uznał, że to jest właściwa metoda. Medytując w ten sposób przez kolejne straże nocne, cofając się przez własne odrodzenia, a następnie przez odrodzenia wszystkich istot we wszechświecie, w końcu, w ostatniej straży nocy, zrozumiał współzależność i wzajemne powiązania wszystkich rzeczy we wszechświecie. W ten sposób bodhisattwa stał się Buddą.

Kiedy osiągnął oświecenie, zrozumiał, jak wszystko działa. Początkowo pomyślał: „Ta Dharma jest tak subtelna. Ludzie są nią tak niezainteresowani, nie będą w stanie zrozumieć, o czym mówię. Po co się trudzić?”. Przez siedem tygodni siedział pod siedmioma różnymi drzewami, ciesząc się błogością wyzwolonego umysłu. W końcu, według legendy, bogowie Brahma i Indra przyszli do niego z kołem Dharmy, mówiąc: „Nie możesz po prostu tu siedzieć i cieszyć się błogością. Musisz pomóc istotom”. Budda odpowiedział: „Istoty nie zrozumieją tej subtelnej Dharmy”. Ale bogowie rzekli: „Są istoty, które mają tylko trochę kurzu w oczach. One zrozumieją, więc musisz iść i puścić w ruch Koło Dharmy”.

I tak Budda wyruszył w drogę. Przeszedł z Bodhgaya w Biharze pod miasto Varanasi, w dzisiejszym stanie Uttar Pradesh. Przybył do parku jeleni w Sarnath i tam spotkał swoich pięciu byłych towarzyszy. Gdy ci go zobaczyli, powiedzieli: „Och, idzie Gautama. Znamy go, jest miękki, porzucił ascezę. Oczywiście musimy być uprzejmi i powitać go, ale nie okażemy mu szacunku, bo odpadł”. Gdy jednak Budda zbliżył się, emanując blaskiem i godnością, pięciu ascetów – nawet tego nie planując – wstało, przygotowało mu miejsce, skłoniło się i poprosiło, by usiadł. Wtedy właśnie Budda wygłosił swoją pierwszą naukę. Nazywa się to Pierwszym Obrotem Kołem Dharmy.

Obrócił Koło Dharmy dla tych pięciu towarzyszy. W tym pierwszym obrocie przekazał kwintesencję tego, co zrealizował. To pierwsze kazanie jest kluczowe, ponieważ po jego wysłuchaniu asceci spontanicznie osiągnęli wgląd. To jest właśnie to, przez co przejdziemy w bardzo prosty sposób w ten weekend.

Budda nauczał tego, co nazywamy Czterema Szlachetnymi Prawdami:

  1. Prawda o duhkha – duhkha zwykle tłumaczy się jako cierpienie, ale oznacza podstawowe, ukryte niezadowolenie z życia.
  2. Prawda o przyczynie duhkha.
  3. Prawda o ustaniu duhkha – jak duhkha może przestać istnieć.
  4. Prawda o ścieżce prowadzącej do ustania duhkha.

To jest fundament, podstawa, z której wywodzą się wszystkie inne buddyjskie doktryny. Czym jest duhkha? Duhkha jest przeciwieństwem sukha, a sukha oznacza łatwość, komfort (ang. ease). Zatem duhkha to dis-ease (brak łatwości, dyskomfort, choroba). To ten fundamentalny lęk (ang. angst) w naszym życiu. Zastanówcie się: w gruncie rzeczy wszystkie ludzkie istoty chcą być szczęśliwe, jakkolwiek definiujemy szczęście – a niektórzy definiują je w bardzo osobliwy sposób. Niemniej jednak chcemy czuć się usatysfakcjonowani i poświęcamy ogromne ilości czasu, energii i myśli na to, jak uczynić siebie szczęśliwymi. Zapomnijmy o innych, uszczęśliwmy siebie! Wydajemy duże sumy pieniędzy na to, co – mamy nadzieję – zapewni nam satysfakcję i szczęście. Domy, samochody, jedzenie, ubrania, wygląd, edukacja, rozrywka, nowe komputery, coraz lepszy sprzęt techniczny, najnowsze filmy, nowy smak lodów. Cokolwiek, co – jak wierzymy – uczyni nas szczęśliwymi. Nasze społeczeństwo w tym współdziała. Wciąż nam wmawia, że jeśli będziemy mieć prestiżową pracę, mnóstwo pieniędzy, wielkie domy i szybkie samochody, budząc zazdrość rówieśników, będziemy szczęśliwi.

Spójrzcie na Australię. Macie piękne środowisko, dobrą pogodę, czyste miasta, ładne domy, jedzenie i ubrania. Na pewnym poziomie to kraina bogów w porównaniu z wieloma miejscami na świecie. Dlaczego więc nie tryskacie radością? Dlaczego macie jeden z najwyższych wskaźników samobójstw na świecie? Dlaczego alkoholizm i narkotyki są takim problemem? Dlaczego? Macie tak wiele, a to „wiele” miało przynieść wam szczęście i satysfakcję. Dokładnie tak samo jak książę Siddhartha – on też miał tak wiele.

Kwestia duhkha jest naprawdę zasadnicza i jest czymś, przed czym w naszym społeczeństwie uciekamy. Ludzie wciąż wierzą, że jeśli tylko będą biec wystarczająco szybko, zdołają utrzymać na dystans to podskórne poczucie, że coś jest nie tak. Duhkha nie musi być czymś oczywistym. Oczywiście, gdy jesteśmy chorzy, czujemy bóle starości, tracimy kogoś bliskiego, jesteśmy bezrobotni czy popadamy w alkoholizm – wtedy duhkha jest ewidentna. Ale może być też subtelna, bardzo subtelna. Przez jakiś czas możemy mieć wszystko, czego chcemy – kochającą rodzinę, udane dzieci, duży dom, fajne auto, satysfakcjonującą pracę. Wszystko idzie idealnie. A mimo to czegoś brakuje. Wciąż, jakoś, nie jest do końca dobrze. Mówimy o tym podskórnym poczuciu braku satysfakcji. Budda zdefiniował duhkha nie tylko jako oczywiste rzeczy jak starość, choroba czy śmierć, ale także jako nieotrzymywanie tego, czego chcemy, oraz otrzymywanie tego, czego nie chcemy. Brzmi znajomo? Bez względu na to, jak bardzo zabezpieczymy swoje życie, wszyscy znajdziemy się w sytuacji, w której nie dostaniemy tego, czego pragniemy, i dostaniemy to, czego nie chcemy. Tak będzie zawsze, bo taka jest natura świata.

Życie jest nietrwałe. Budda powiedział, że istnieją trzy podstawowe cechy egzystencji:

  1. Egzystencja jest z natury niesatysfakcjonująca (duhkha).
  2. Jest nietrwała, zmienia się z momentu na moment, jest płynna (anitya).
  3. Nic – ani my sami, ani inni, ani rzeczy zjawiskowe – nie posiada wrodzonego, niezależnego trwania (śunjata / pustka).

Mimo to lgniemy do rzeczy. Lgniemy do nich, myśląc, że są solidne i rzeczywiste. Wewnątrz nas jest to poczucie pustki – w negatywnym sensie, nie jako przestronność, ale jako wewnętrzny brak. To poczucie braku zawsze próbujemy czymś zapełnić, a ponieważ nie znamy lepszego sposobu, próbujemy zapełnić je rzeczami i ludźmi. Mamy nadzieję, że jeśli zdobędziemy więcej przedmiotów i nawiążemy więcej znaczących relacji, wypełnią one tę pustkę w środku. Czasami, przez bardzo krótką chwilę, wydaje się, że to działa. Przez moment mamy wszystko, osoba, którą kochamy, odwzajemnia uczucie, wszystko gra. Wygląda na to, że wieczne szczęście już tu jest – a potem to wszystko znów się rozpada. Dotyczy to każdego. Każda istota we wszechświecie ma te same problemy.

Kiedy ostatnio byłam w Australii, odwiedziłam kogoś, kto chorował na białaczkę i umierał. Wyglądał jak szkielet. Miał około 50 lat, żonę i dzieci, a odwiedzili go rodzice. Słyszałam, że właśnie świętowali swoje 90. urodziny. Byli bardzo zrozpaczeni, nie mogli pogodzić się z tym, że on umrze, i pytali: „Jak to mogło nam się przytrafić?”. Dziewięćdziesięciolatkowie pytający o to? Podeszłam z nimi do okna, wskazałam tłumy ludzi na ulicy i powiedziałam: „Pokażcie mi choć jedną osobę, która nie straciła kogoś bliskiego. Dlaczego to nie miałoby spotkać was? To spotyka każdego”.

To jest to poczucie wypierania. Wszyscy tracimy kochane osoby. Naturą egzystencji jest nietrwałość. Nikt nie zostaje na zawsze, nigdzie. Tracimy ludzi, rzeczy, własne ciało. Tracimy tak wiele. Nie akceptujemy tego. A ponieważ nie akceptujemy – cierpimy. To jest to podskórne niezadowolenie. Chcemy czegoś, ciężko pracujemy, by to zdobyć. Powiedzmy, że chcemy nowego samochodu. Pracujemy nadgodziny, robimy tyle rzeczy i w końcu mamy ten samochód. Jesteśmy tacy podekscytowani i szczęśliwi. Jeździmy nim, mamy nadzieję, że wszyscy nam zazdroszczą, czujemy się świetnie. W następnym tygodniu wciąż jesteśmy podekscytowani, ale, wiecie, tydzień później myślimy już: „nuda, co teraz?”. Musi być coś innego, bo ten samochód podkręcił emocje na chwilę, ale potem znów spowszedniał. Musi być coś innego, i jeszcze innego, i kolejnego… Jesteśmy dokładnie jak gryzonie w kołowrotku. Pędzimy jak szaleni, aż do całkowitego wyczerpania, nie docierając nigdzie. W środku wciąż czujemy tę pustkę, ten brak. Wciąż desperacko próbujemy być szczęśliwi. To niesamowite. Tak bardzo staramy się zachować satysfakcję, a zazwyczaj tak sromotnie ponosimy klęskę, mimo włożonego wysiłku.

Dzieje się tak, ponieważ jesteśmy w błędzie. Patrzymy w złych kierunkach. Najpierw musimy zmierzyć się z problemem. Budda powiedział, że wszyscy jesteśmy bardzo chorzy. Istnieje przyczyna naszej choroby, istnieje lekarstwo i istnieje kuracja, która nas uzdrowi. O tym właśnie są Cztery Szlachetne Prawdy. Najpierw musimy zaakceptować, że jesteśmy chorzy. Jeśli nie przyjmiemy do wiadomości, że istnieje problem, nie będziemy mieć energii, by szukać rozwiązania. Jeśli będziemy zaprzeczać chorobie, nie będziemy szukać leku. Prawda o duhkha, prawda o tym „dyskomforcie”, który jest chorobą, musi zostać rozpoznana.

To bardzo ciekawe. Na Zachodzie, zanim ludzie poznali wesołych tybetańskich lamów i tym podobnych, a jedynie czytali książki, mówili: „Och, buddyzm ciągle mówi o cierpieniu. Ci Azjaci są tacy pesymistyczni. Ciągle tylko o cierpieniu, nietrwałości, pustce i takich ponurych rzeczach. To dlatego, że są bierni i mroczni, brak im zachodniego ducha przedsiębiorczości”. Tymczasem, gdy odwiedza się buddyjskie kraje, jedną z pierwszych rzeczy, która uderza, jest to, że ludzie są tam tacy radosni. Chwileczkę, to przecież „pesymistyczna religia”, jak mogą być tacy uśmiechnięci? Czytałam w jednym z pierwszych słowników tybetańskich, napisanym przez morawskiego misjonarza, coś w stylu: „To prawda, że w Tybecie ludzie są szczęśliwi, radośni, o dobrym usposobieniu i hojni, ale o ileż szczęśliwsi byliby, gdyby tylko poznali Prawdę (chrześcijańską)”.

Kiedy mieszkałam w swojej jaskini – był to pierwszy rok – w zimie nie spadł śnieg. To katastrofa, gdy w górach nie ma śniegu, bo rzeki płynące przez Indie mają wtedy mało wody. Pewnego wiosennego dnia siedziałam w jaskini, gdy przyszło trzech lamów z klasztoru, w którym wcześniej przebywałam. Powiedzieli: „Byliśmy właśnie przy twoim źródełku. Ponieważ zima była sucha, twoje źródło i to w klasztorze to jedyne, które wciąż płyną. Wrzuciliśmy tam lekarstwo dla nagów i wykonaliśmy pudże dla duchów wody, by sprowadzić deszcz i śnieg”. Nagowie to duchy wody, żyjące przy źródłach, rzekach i jeziorach; wpływają też na pogodę. Często przedstawia się ich z ludzką górną częścią ciała i wężowym dołem. Zaprosiłam więc lamów do jaskini, piliśmy herbatę i powiedziałam: „Och, chmurzy się”. Odpowiedzieli: „Cóż, tak, poprosiliśmy nagów o deszcz”. Zanim wyszli, zaczął padać śnieg. Potem sypało bez przerwy przez siedem dni. To nie były żarty. O tej porze roku ziemia nie była już zamarznięta i cała wilgoć przesiąkała, więc moja jaskinia była całkiem mokra. Po siedmiu czy ośmiu dniach była kompletnie przemoczona. Lamowie wrócili i powiedzieli: „Właśnie byliśmy przy źródle, daliśmy więcej lekarstwa dla nagów i zrobiliśmy więcej pudż”. Powiedziałam: „Proszę, nie potrzebujemy już więcej śniegu!”. Odrzekli: „Nie, nie, teraz kazaliśmy im przestać”. Siedzieliśmy przy herbacie, powiedziałam: „Wygląda na to, że się przejaśnia”. Odpowiedzieli: „Tak, kazaliśmy im przestać”. I znowu – zanim wyszli, niebo było błękitne, zero śniegu. Tyle jeśli chodzi o tę historię.

Ale nie o to w niej chodzi. Chodzi o to, że gdy tak sypało, woda wdzierała się do jaskini przez wszystkie szczeliny. Wszystko było zalane, nasiąknięte, a ja nie przewidziałam, że tak się stanie. Później zrozumiałam, że tak to wygląda wiosną. Wszędzie ciekło. Musiałam przesunąć skrzynię do medytacji, bo mokła. Drewno na opał było mokre, miałam ból głowy, katar i czułam się fatalnie. Siedziałam w tej skrzyni opatulona, wszystko wokół kapało, a ja myślałam: „Mieli rację, mieszkanie w jaskini wcale nie jest takie super!”. Czułam się bardzo nieszczęśliwa. Nagle pomyślała: „Zaraz. Czy Budda nie mówił czegoś o duhkha? Czy nie powiedział, że życie z natury nie jest satysfakcjonujące? Skoro życie nie jest satysfakcjonujące, to w czym problem?”. W tamtym momencie pomyślałam: „Tak, to jest duhkha, no i co z tego? To naturalne, że nasz cykl narodzin i śmierci będzie duhkha. Więc jaki jest problem?”. Nagle to przestało być problemem.

Jeśli otworzymy się i zaakceptujemy duhkha – to, że życie jest z natury duhkha – dlaczego dziwimy się, gdy sprawy idą źle? Nagle poczułam się całkowicie szczęśliwa, ponieważ problemem z duhkha jest to, że próbujemy jej unikać, a przez to wpadamy w pułapkę między nadzieją a strachem. Mamy nadzieję, że nas nie dotknie, i boimy się, że może. Jeśli to porzucimy, nie ma problemu. No i co z tego, że padał śnieg? Co z tego, że było zimno? Co z tego, że czułam się okropnie? I co? Nie było już problemu. To było tak, jakby spadł ze mnie ogromny ciężar, który zwykle nosimy. To ciężar ciągłego przyciągania przyjemności i odpędzania bólu; fakt, że nie akceptujemy tego, iż ta egzystencja nie jest zadowalająca. Kiedy to zaakceptujemy, nagle problem znika. Cała ta obrona, którą budujemy przeciwko wszystkiemu, co postrzegamy jako nieprzyjemne, może po prostu opaść. I wtedy, cokolwiek się stanie, poradzimy sobie z tym.

Kiedyś w Tajlandii – byłam mniszką zaledwie od kilku miesięcy – spotkałam tajską księżniczkę. Zaprosiła mnie do swojej posiadłości nad morzem. Miała przepiękną posiadłość, dostałam mały tajski domek z polerowanego drewna tekowego na środku jeziora lotosów i dwóch służących do pomocy. Dwie minuty drogi przez gaje mango była srebrzysta plaża z palmami, turkusowa woda i żywej duszy – prywatna plaża. Zaczęłam czuć się winna. Pomyślałam: „Jestem mniszką, która wyrzekła się świata, a spójrzcie na to!”. Powiedziałam księżniczce: „Czuję się bardzo niekomfortowo w tej sytuacji”. Odpowiedziała: „Dlaczego? Nie prosiłaś o to, nie kombinowałaś, żeby to zdobyć. Samo do ciebie przyszło. To nie potrwa długo, ale póki tu jest, po prostu to zaakceptuj. Kiedy rzeczy do ciebie przychodzą, to miło. A kiedy nie przychodzą, to też miło”.

Ta równowaga umysłu (ekwanimity) jest rzeczą najważniejszą. Możemy pójść w drugą stronę i czuć satysfakcję tylko wtedy, gdy jest trudno, a zaczynać czuć winę, gdy powodzi nam się dobrze. Ludzki umysł jest bardzo podstępny. Chodzi o tę równowagę – gdy sprawy idą dobrze, akceptujemy to. Gdy nie idą dobrze, też to akceptujemy. To jest wielka wolność umysłu. Dlatego nacisk w Buddhadharmie na niesatysfakcjonujący charakter życia, na nietrwałość, na śmierć i umieranie, wcale nie czyni ludzi pesymistami, lecz wyzwala umysł. Wszyscy będziemy doświadczać duhkha, chorób i śmierci. Jeśli zamkniemy oczy i będziemy odmawiać myślenia o starości i śmierci; jeśli będziemy zaprzeczać, że życie z natury może być niesatysfakcjonujące, to gdy doświadczymy tych rzeczy – a doświadczymy ich na pewno – nie będziemy wiedzieli, jak sobie z nimi poradzić. Jedyne, co będziemy potrafili zrobić, to próbować je odgonić i uciec z powrotem w przyjemność. To ogromny ciężar.

Dziś jesteśmy z kimś, kogo kochamy. Jutro – kto wie? Jutro mogą nas opuścić, dobrowolnie lub nie. Nie wiemy tego. Nigdy nie możemy wiedzieć. Dziś jesteśmy bogaci i odnosimy sukcesy, jutro rynek się załamuje. Nie wiemy. Dziś jesteśmy zdrowi i młodzi, a jutro mamy wypadek lub odkrywamy straszną chorobę. Nie wiemy. Życie jest bardzo niepewne i jeśli odmawiamy zmierzenia się z tym, jesteśmy w uścisku naszych nadziei i lęków. Nierealistycznych nadziei i niewypowiedzianych lęków. Wtedy cierpimy. Dlatego tak ważne jest, by stawić temu czoła. Jeśli zrobimy to tu i teraz i zaakceptujemy to, wtedy te rzeczy nie mają nad nami takiej władzy. To ciekawe, że na Zachodzie wszyscy rozmawiają o seksie w każdej odmianie – to żadna wielka rzecz – ale o śmierci nikt nie chce mówić. Śmierć to ostatnie tabu. Nawet gdy ktoś umiera, nie rozmawia się o śmierci. Odwiedziłam kiedyś kogoś na krawędzi śmierci, a jego żona zapytała mnie: „Czy mogłabyś go zapytać o plany pogrzebowe?”. Mnie? Nawet faceta nie znałam! Zrobiła to, bo sama nie mogła go zapytać, nie mogła mu powiedzieć: „Umierasz”. Nigdy nie rozmawiali o śmierci. On tam leżał, każdy oddech mógł być ostatnim, a oni nie przedyskutowali faktu, że on odchodzi. Ten strach i odmowa zaakceptowania nietrwałości jest dla nas wielkim źródłem cierpienia. W krajach buddyjskich, gdzie śmierć uważa się za coś zupełnie normalnego – gdy się rodzimy, wszyscy się cieszą; gdy umieramy, wszyscy to akceptują.

Zazwyczaj myślimy, że jesteśmy na tym świecie po to, by dobrze się bawić. Pod spodem wszystkiego kryje się ta idea – jesteśmy tu, by cieszyć się życiem, by urządzić się tak wygodnie i szczęśliwie, jak tylko zdołamy. O to w życiu chodzi. Jeśli więc wydaje się, że nam się udaje – nawet jeśli w środku czujemy się nędzne – dopóki na zewnątrz wygląda to na świetną zabawę, to wystarczy. Bo wtedy wszyscy uwierzą w fasadę, w ten błyszczący obraz i będą nam zazdrościć. A to niby ma sprawić, że poczujemy się dobrze. Utrzymujemy więc tę pozory, jakby wszystko było cudownie, bo tak rzekomo ma być. Jeśli w jakikolwiek sposób cierpimy, to jest to porażka. To znaczy, że przegraliśmy. Więc nie możemy się do tego przyznać. Być człowiekiem sukcesu oznacza być szczęśliwym, szczęśliwym, szczęśliwym.

Ale może nie po to tu jesteśmy. Może ta iluzja jest powodem, dla którego wciąż jesteśmy „przetwarzani” (w cyklu odrodzin). Może jesteśmy tu po coś zupełnie innego. Może jesteśmy tu po to, by naprawdę zacząć przyglądać się temu, o co w tym wszystkim chodzi. By się uczyć, rozwijać, kultywować, by wyjść poza samą koncepcję szczęścia i cierpienia, by przejrzeć ją na wylot. Ale nie możemy tego zrobić, dopóki nie uznamy sytuacji bardzo wyraźnie. Jeśli zamkniemy oczy i powiemy: „Nie, w gruncie rzeczy życie jest całkiem miłe. Czasami bywa uciążliwe, ale zasadniczo jest dobre”, to omija nas sedno i nie pójdziemy ani krok dalej.

Właśnie dlatego Budda od tego zaczął. Mógł zacząć od czegokolwiek. Pewnego razu Budda był w dżungli, podniósł garść liści i zapytał: „Czego jest więcej, liści w dżungli czy liści w mojej dłoni?”. Oczywiście ludzie odparli, że liści w dżungli jest nieskończenie wiele, a tych w dłoni garstka. Budda powiedział: „Używając tego jako przykładu – liście w dżungli to ogrom tego, co zrealizowałem, co wiem, a liście w mojej dłoni to to, co wam przekazuję. Ale to, co wam mówię, to wszystko, czego potrzebujecie do wyzwolenia”. Reszta nie ma znaczenia, reszta to tylko rozpraszanie uwagi. Budda miał rozległy, wszechwiedzący umysł. A jednak od czego zaczął? Zaczął od duhkha, ponieważ to jest nasza sytuacja. Tak było 2500 lat temu i to wciąż jest nasz problem dzisiaj. Nie jesteśmy szczęśliwi i tak bardzo się staramy. Nie jesteśmy szczęśliwi i nie czynimy szczęśliwymi ludzi wokół nas. To nie tak, że budzimy się rano z myślą: „Och, jak by tu dziś zatruć życie sobie i innym?”. Nie robimy tego. Ale i tak to robimy. Pracujemy tak ciężko, pakujemy się w przedziwne związki. Dlaczego? Bo chcemy być szczęśliwi. Bo myślimy, że jeśli będziemy ciężko pracować, będziemy mieć dużo pieniędzy i kupimy te wszystkie rzeczy, które nas uszczęśliwią. Wchodzimy w relacje, często bardzo dziwne. Nie dlatego, że chcemy dziwnych relacji, ale dlatego, że w naszym ułudnym umyśle myślimy, że to powinno dać nam szczęście. Angażujemy się w najróżniejsze dziwne aktywności i robimy tyle niezręcznych rzeczy. Nie dlatego, że chcemy sprawiać kłopoty, ale dlatego, że jakoś wierzymy, że to pomoże.

Zatem zasadniczo mamy problem i dopóki nie zmierzymy się z faktem, że ten problem istnieje, nie możemy iść naprzód. Dopóki nie uznamy, że życie przeżywane w zwyczajny sposób jest chorobą, nie możemy ruszyć dalej, by odnaleźć lekarstwo.

Pytania i odpowiedzi

P: Mówiła Pani wcześniej o rozpoznaniu niechęci do deszczu, zimna i dyskomfortu w jaskini, i użyła Pani zachwycających słów: „No i co z tego?”. To było wspaniałe, ale widzę pewne pułapki w awersji do duhkha i wrodzonym pragnieniu sukha.

JTP: Absolutnie, ale jakie jest twoje pytanie? Oczywiście, istnieje duże niebezpieczeństwo w posiadaniu awersji do duhkha i pożądaniu sukha.

P: Wydaje się, że istnieje tu ukryta sugestia, by poczuć niechęć do choroby, abyśmy zaczęli szukać lekarstwa.

JTP: Rozumiem. Tak, to działa tutaj na dwóch poziomach. Po pierwsze, musimy zaakceptować, że sama natura samsary (cyklu egzystencji) jest niesatysfakcjonująca, więc nie należy się zbytnio martwić, gdy sprawy nie idą dobrze. Ale jednocześnie duchowe poszukiwania mają na celu wyjście poza cierpienie. Nie możemy się wyleczyć, jeśli nie uznamy, że jesteśmy chorzy. Rozumiesz? W ten sposób musimy się motywować, uświadamiając sobie, że istnieje choroba, że coś jest nie tak. I nie chodzi tylko o rzeczy zewnętrzne. Problem nie leży „tam na zewnątrz”: czy dostajemy to, co chcemy, czy nie, czy sprawy układają się pomyślnie, czy nie. To nie jest problemem. Problem leży w nas. Dlaczego samsara jest niesatysfakcjonująca? Nie chodzi o to, czy jaskinie są wilgotne, czy nie. Problemem jest nasze lgniecie do idei przyjemności.

Musimy zaakceptować, że nie musimy cierpieć. Istnieje stan poza cierpieniem.

P: Kiedy mówiła Pani wcześniej, nie było czuć cierpienia. W Pani opisach była radość.

JTP: Tak, ponieważ w tamtym momencie pozbyłam się przyczyny cierpienia w mojej psychice. Przyczyną cierpienia jest nasz lgnący umysł. Kiedy on odpuścił, cierpienie zniknęło. Jaskinia, wilgoć, ból głowy i zimno nadal tam były, ale wewnętrzna przyczyna – niechęć do tych stanów i wynikające z niej cierpienie – przynajmniej tymczasowo odpadły. Dlatego nie było problemu. To jest właśnie rozwiązanie.

P: Mówiła Pani dziś rano o cierpieniu i o tym, jak u niektórych osób jest ono straszliwie wyraźne, wręcz przytłaczające – na przykład w przypadku beznadziejnego alkoholika. Jeśli masz taką osobę blisko siebie i bardzo ją kochasz, co możesz zrobić w swoim umyśle, praktyce lub w jej życiu?

JTP: To trudny problem. Zasadniczo możesz wysyłać takiej osobie mnóstwo miłującej dobroci (metta). Ale to zależy, bo każda sytuacja jest inna. Na przykład, jeśli jesteś w sytuacji przemocowej, to samo akceptowanie jej i bycie łagodnym oraz słodkim, gdy ktoś próbuje cię pobić, nie jest rozwiązaniem. Medytacja nie służy tylko temu, by uczynić nas spokojnymi i wyciszonymi. Medytacja ma nam również dać klarowność, dzięki której widzimy sytuację taką, jaka jest, i rozumiemy poprzez współczucie, jaka reakcja jest właściwa.

Czasami właściwa reakcja na zewnątrz nie wygląda na pełną miłości i współczucia – bywa, że musi być gniewna. To tak, jak z niegrzecznym dzieckiem, do którego uśmiechasz się, klepiesz po głowie i mówisz: „Nie rób tego kochanie, nie podchodź do płonącego pieca z wrzącą wodą, skarbie. Nie rób tego, słoneczko, ta woda cię skrzywdzi”. Wiesz, że dziecko zaraz przewróci wodę i się poparzy. Takie zachowanie jest cierpliwe i pełne miłości, ale głupie.

W takim momencie musisz być surowy (gniewny), musisz sprawić, by dziecko zrozumiało, że tak nie wolno robić, i powstrzymać je. Nie robisz tego z gniewu, robisz to ze współczucia. Współczucie nie zawsze musi być słodkie i uśmiechnięte. Bodhisattwa Współczucia jest przedstawiany jako biały, uśmiechnięty i bardzo spokojny – to powszechne wyobrażenie. Ale w tradycji tybetańskiej drugą stroną Bodhisattwy Współczucia jest Mahakala – gniewny strażnik, czarny i groźny. Ponieważ czasami bycie miłym po prostu nie działa i nie pomaga. Czasami musimy wydać się gniewni. I jeśli ten gniew, ta dzikość, pochodzi z mądrego umysłu pełnego współczucia, a nie z nienawiści i negatywności, wtedy może to być dokładnie to, co jest właściwe w danej chwili.

Dlatego w trudnych sytuacjach potrzebujemy klarowności i mądrości, aby naprawdę zrozumieć, co jest odpowiednie, i motywowani współczuciem, próbujemy to zrobić. To nie jest łatwe. Dlatego potrzebujemy mądrości obok współczucia. W przeciwnym razie otrzymujemy to, co nazywamy „idiotycznym współczuciem” – ono jest niezwykle kochające i miłe, ale nie widzi jasno, więc tylko pogarsza sprawę.

P: Moje pytanie dotyczy buddyjskiego przekonania o niejedzeniu mięsa. Kocham zwierzęta, ale słyszałam o ludziach mających problemy na diecie wegetariańskiej. Istnieje też koncepcja rozgraniczenia między roślinami a zwierzętami. Mam co do tego dylemat.

JTP: Oczywiście nie wszyscy buddyści są wegetarianami – większość nie jest. Tybetańczycy są bardzo mięsożerni, podobnie jak mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej. Jedynymi ludźmi w świecie buddyjskim, którzy są rygorystycznymi wegetarianami, są mnisi i mniszki w tradycjach mahajany (chińskiej i koreańskiej). Sama jestem wegetarianką, więc nie bronię tu własnych interesów, ale faktem jest, że większość świata buddyjskiego nie jest wegetariańska i wydaje się, że sam Budda też nie był. Jako mnich chodził od drzwi do drzwi i przyjmował to, co mu dawano, bez wybrzydzania.

Uważam jednak, że w dzisiejszych czasach musimy brać pod uwagę przemysł mięsny, który jest przerażający. Cierpienie zwierząt hodowanych w skrajnych warunkach tylko po to, by je zabić. Myślę więc, że dobrze jest nie przykładać ręki do tego systemu.

Nie wierzę, by dieta miała cokolwiek wspólnego z oświeceniem, ponieważ niektórzy z najbardziej oświeconych istot, jakie znam, uwielbiają mięso, a niektóre z najbardziej nieoświeconych osób, jakie spotkałam, były rygorystycznymi wegetarianami!

Co do kwestii roślin i zwierząt: Dharma to „środkowa ścieżka”. Dżiniści, współcześni Buddzie, wierzyli, że wszystko (w tym rośliny) ma duszę, więc ich święci dochodzili do logicznego wniosku, by siedzieć w jednym miejscu i zagłodzić się na śmierć. Budda uznał, że to nie jest rozwiązanie. Ten świat z natury jest niedoskonały i opiera się na tym, że jedni zjadają drugich. Rośliny mają krótki żywot i nie są istotami poruszającymi się. Prawdopodobnie nie posiadają „strumienia umysłu”. Zjedzenie rzepy to inny poziom niż zjedzenie kurczaka. Musimy jeść. Najważniejsze jest to, by wykorzenić trucizny z naszego umysłu i dostrzec naszą prawdziwą naturę.


Stupa Dhamek w Sarnath

Stupa Dhamek w Sarnath to potężna, cylindryczna budowla o wysokości 43,6 metra. Upamiętnia ona święte miejsce, w którym Budda wygłosił swoje pierwsze nauczanie o Czterech Szlachetnych Prawdach dla pięciu ascetów po osiągnięciu oświecenia. To wydarzenie, znane jako „Wprawienie w Ruch Koła Dharmy”, miało miejsce w Parku Jeleni, kładąc fundamenty pod wspólnotę buddyjską (Sanghę).

Dziś: To spokojne miejsce medytacji, wypełnione śpiewami mnichów z różnych tradycji z całego świata.

Historia: Choć obecna struktura pochodzi z okresu Guptów (ok. 500 r. n.e.), stoi na znacznie starszej podstawie z III wieku p.n.e., kojarzonej z cesarzem Aśoką.

Symbolika: Sarnath, położone niedaleko Varanasi w Indiach, jest jednym z czterech głównych miejsc pielgrzymkowych buddyzmu. Do dziś Park Jeleni gości te zwierzęta, przypominając o historycznym otoczeniu nauk Buddy.