Tenzin Palmo – Czwarta paramita: radosny wysiłek

Kolejną paramitą jest doskonałość wysiłku, czyli virya paramita. Dotyczy ona kwestii entuzjastycznej energii. Czy ta idea kojarzy ci się z byciem wyczerpany,? Nigdy niczego nie osiągniemy, jeśli naprawdę nie spróbujemy, jeśli zabraknie nam wytrwałości. Na ścieżce duchowej dwiema najbardziej potrzebnymi cechami są cierpliwość i wytrwałość. Na przykład wiele osób, gdy siada do medytacji, już po dwóch lub trzech sesjach mówi: „Och, nie potrafię medytować. Zbyt wiele myśli”. I poddają się – bez cierpliwości, bez wytrwałości. Jednak nic wartościowego nie zostało nigdy osiągnięte bez pilności, bez wytrwałości, bez wysiłku.

Tutaj, w Australii, będziecie gościć Igrzyska Olimpijskie. Pomyślcie, przez co musiał przejść każdy z tych sportowców, by zostać choćby zakwalifikowanym! Zmieniają dietę. Rzucają palenie. Zapewne żaden z nich nie pije alkoholu. Trzymają się bardzo rygorystycznych diet. Wstają wcześnie. Kładą się spać wcześnie. Trenują przez cały dzień. Są całkowicie skoncentrowani. Wszystko inne zostaje poświęcone. Po co? Żeby zdobyć medal.

Trzy rodzaje lenistwa w buddyzmie

W buddyzmie lenistwo definiuje się na trzy sposoby:

  1. Lenistwo „pospolite”: To postawa typu: „Och, nie wstanę pół godziny wcześniej, żeby pomedytować, chcę jeszcze pospać”. „Tak, chętnie poszedłbym do centrum Dharmy, chętnie bym pomedytował, ale w telewizji leci świetny film, więc przykro mi”. Mamy mnóstwo entuzjazmu do rzeczy, które naprawdę chcemy robić, ale gdy przychodzi do medytacji lub poważnej lektury, stwierdzamy nagle: „Ojej, jestem taki zmęczony. Praktykę zrobię później, jak będę mieć czas”. Nagle przypominamy sobie, jak późno poszliśmy spać poprzedniej nocy – i to koniec. To rodzaj rażącego lenistwa, na które wszyscy cierpimy, ale które łatwo rozpoznać.
  2. Lenistwo poczucia bycia niegodnym: To mówienie, że nie jesteśmy w stanie praktykować, bo jesteśmy zbyt mało wartościowi. Przekonanie, że inni mogą praktykować, inni mogą osiągać realizacje, inni mogą medytować, ale ja nie – jestem zbyt głupi, zbyt leniwy, migdy mi nic nie wychodzi. Próbowałem medytować i nie mogłem – zbyt wiele myśli! To wszystko jest lenistwem. Poczucie, że nie możemy praktykować, bo nie jesteśmy godni, bo zawsze zawodzimy lub jesteśmy zbyt głupi, nie jest uważane za pokorę, lecz za rażące lenistwo. Wykręcamy się. Wszyscy mamy naturę buddy, musimy ją tylko odkryć. Dlatego nie jest to kwestia bycia wyżej czy niżej, ani bycia niegodnym. Niegodnym czego? Wszyscy mamy potencjał oświecenia, ludzkie narodziny i inteligencję. Wszystko zależy od nas.
  3. Lenistwo bycia zajętym: To pochłonięcie sprawami doczesnymi: „Tak, chciałbym pomedytować, ale najpierw muszę sprawdzić e-mail”. Może to być nawet uwiązanie w aktywnościach związanych z Dharmą, które nie zostawia nam czasu na wewnętrzny rozwój. Nie ma znaczenia, jaką wymówkę sobie znajdziemy. Jeśli zapełniamy nasze dni, tydzień po tygodniu, rok po roku, sprawami do załatwienia i nigdy nie mamy czasu, by wejrzeć w siebie – to wciąż jest lenistwo, niezależnie od tego, jak bardzo przypominamy chomika w kołowrotku. Unikamy zmierzenia się z prawdziwym zadaniem. Naszym zadaniem jest najpierw urzeczywistnienie własnej wrodzonej natury Buddy, a wszystko, co nas od tego odciąga, jest tylko unikaniem tego, co naprawdę powinniśmy robić.

Metafora maratończyka

Dlatego tak ważne jest, aby wykorzystywać wydarzenia dnia jako sposób na kultywowanie otwartego serca i jasności umysłu. Nie powinniśmy używać codziennych spraw – nawet tych pozornie dobrych, jak prowadzenie ośrodków Dharmy – jako wymówki przed stawieniem czoła celowi, dla którego tu jesteśmy. Prawdziwy duchowy aspirant jest jak maratończyk, a nie biegacz krótkodystansowy. Na początku bardzo łatwo o entuzjazm. Widzimy ludzi tryskających energią, bardzo gorliwych, rzucających się w wir praktyk i zajęć z błyszczącymi oczami. Potem widzimy ich 10 lat później – wciąż idą. Po 15 latach trochę zwalniają. A po 20–25 latach: „Wow, kiedyś byłem taki pełen zapału, ale teraz jakoś straciłem zainteresowanie. Jak mam znów poczuć ten entuzjazm?”. To trudne pytanie.

Jakość wytrwałości to nie tylko początkowy zryw (choć jest on ważny i bezcenny), ale zdolność do kontynuowania drogi nawet wtedy, gdy nie jest już ekscytująca, gdy wewnętrznie niewiele się dzieje. Wygląda na to, że musimy po prostu iść dalej i nie poddawać się. To niezwykle istotna cecha. W starych tłumaczeniach słowo virya czasem oddawano jako „męstwo”. W łacinie słowo oznaczające mężczyznę to vir. Sankrytu i łacina są powiązane, więc dawni uczeni myśleli o „mężczyźnie” jako kimś, kto kontynuuje zadanie – bierze się do roboty! To podejście w stylu „muskularnego chrześcijaństwa” (istniał taki nurt, nie zmyślam tego!). Tłumaczyli więc virya jako determinację, wytrwałość, wysiłek, ale większość ludzi pewnie czuła się zmęczona samym czytaniem tych słów. Dlatego tłumacze zaczęli używać słowa „entuzjazm”, co brzmiało bardziej optymistycznie. Jednak nie chodzi o sam entuzjazm, lecz o kontynuowanie drogi – jak maratończyk. Maratończycy oszczędzają siły, by móc biec dalej; nie zużywają całej energii na pierwszym kilometrze, bo wiedzą, że mają przed sobą dziesiątki kolejnych. Ostrożnie dysponują energią, trzymają się trasy i uczą się odpowiedniego oddechu oraz tempa.


Momentum i radość praktyki

Dobra wiadomość jest taka, że w przeciwieństwie do maratończyka, gdy naprawdę zaczniemy dostrzegać, iż życie codzienne jest naszą praktyką, a każde spotkanie i sytuacja są okazją do rozwijania wewnętrznych cech – miłującej dobroci, zrozumienia, cierpliwości, szczodrości, otwartości serca – wtedy zaczyna budować się pewien impet (momentum), który nas niesie. Dni stają się coraz bardziej spełnione, interesujące i żywe. Kiedy to się dzieje i czujemy, że mamy ten „flow„, wiemy, że jesteśmy na właściwej ścieżce.

Jeśli dni mijają nam w poczuciu rutyny, nudy i jałowości, oznacza to, że nie zrozumieliśmy sedna. Jeśli traktujemy wszystko jako sposób na kultywowanie ścieżki, krok po kroku, moment po momencie, to jak mogłoby to być nudne? Ta praktyka nabiera własnego pędu, a nasze reakcje automatycznie stają się coraz bardziej zręczne. Idea wytrwałości nie oznacza więc zdyszanego zmęczenia ani mozolnego trudu. To coś, co odnawia się samo z chwili na chwilę, gdy tylko wejdziemy na właściwe tory. Wtedy nie musimy generować energii – ona wygeneruje się sama, ponieważ jesteśmy w równowadze.


Uważność: Pamiętanie o „tu i teraz”

Chociaż nie jest to ściśle częścią paramit, chciałabym wspomnieć o kwestii włączania praktyki duchowej do codziennego życia. Niezbędne jest omówienie uważności (awareness/mindfulness). Co to znaczy? Oryginalne słowo sanskryckie smriti (tybetańskie drenpa) oznacza „pamiętać”. Jest ono bardzo bliskie katolickiemu pojęciu „skupienia” (recollection) lub idei samo-pamiętania. To jakość bycia tu i teraz – czyli dokładnie tam, gdzie zazwyczaj nas nie ma. Zazwyczaj nie jesteśmy nawet świadomi, że tu jesteśmy, albo jesteśmy tu tylko połowicznie.

To niesamowite, jak mało świadomi jesteśmy własnego umysłu. Gdy zaczynamy go trenować, widzimy, jak bardzo jest on poza naszą kontrolą. Jednym ze sposobów nauki jest próba bycia obecnym teraz. Pomyśl o ciele, po prostu bądź go świadomy. Jeśli powiemy: „Bądź świadomy ciała w tej chwili, po prostu je poczuj”, to w tej sekundzie możemy to zrobić, nie oceniając, tylko wiedząc. Ale gdy pomyślimy: „To proste. Widzisz, jestem świadomy ciała, jestem uważny, już wiem o co chodzi” – właśnie to straciliśmy. Bo wtedy tylko myślimy o byciu uważnym, a nie jesteśmy uważni. To podchwytliwe.

Jakość bycia uważnym na to, co robimy w danej chwili, jest kluczowa, bo obecna chwila jest wszystkim, co mamy. Cała reszta to przeszłość; przyszłość jeszcze nie nadeszła. Często tylko psychicznie przeżuwamy te same bzdury, co nie ma związku z tym, co się dzieje. Jedyną rzeczą, która się wydarza, jest ta chwila, która płynie tak szybko, że prawie ją tracimy, zanim nadejdzie. Nie byłoby problemem, gdybyśmy nie byli obecni tylko czasami, ale faktem jest, że nie ma nas przez większość życia. Jesteśmy obecni przez kilka sekund, a potem znów odpływamy. Dlatego nasze życie staje się nudne i rutynowe. Francuzi mają wyrażenie na nudzenie się – je m’ennuie – co dosłownie oznacza „nudzę samego siebie”. Dokładnie tak. To nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się wokół nas. To nasze umysły nas nudzą.


Dwa sposoby mycia naczyń

Thich Nhat Hanh, wietnamski mistrz zen, mówi o dwóch sposobach mycia naczyń. Jeden to mycie naczyń, aby mieć czyste naczynia, a drugi to mycie naczyń, aby myć naczynia. Zazwyczaj robimy coś dla rezultatu. Myjemy naczynia, bo chcemy mieć je czyste i przejść do następnego zadania. Samo zadanie jest nieistotne. Myjąc naczynia, myślimy o wszystkim: o tym, co powiedzieliśmy przy śniadaniu, o filmie w telewizji, o kawie, którą wypijemy później, o zakupach w supermarkecie. Jedyną rzeczą, o której nie myślimy, są te naczynia. Kończymy mycie, mamy czyste talerze, pijemy kawę i jemy ciasto czekoladowe. Pierwszy łyk kawy zwykle czujemy. Przy drugim już nie jesteśmy w pełni świadomi. Przy trzecim kompletnie nie wiemy, że pijemy kawę, bo myślimy o tym, co kupić w sklepie. Pierwszy kęs ciasta jest pyszny, przy drugim tracimy zainteresowanie, a przy trzecim przeżuwamy machinalnie, nawet o tym nie wiedząc.

Tak wygląda całe nasze życie. Dobre rzeczy, złe rzeczy – nie ma nas, jesteśmy lunatykami. Jednym ze znaczeń słowa Budda jest „przebudzony”. On obudził się ze snu ignorancji. Reszta z nas wciąż śni. Dobre sny lub koszmary. To wszystko sen, jesteśmy somnambulikami. Wyglądamy na bystrych, ale śpimy. Gdzie są nasze umysły? Czasem myślę, że ciekawe byłoby podłączyć głośniki do naszych umysłów, by każdy słyszał nasze myśli. Każdy wtedy chciałby błyskawicznie nauczyć się medytacji! Gdy zajrzymy do środka, zobaczymy niekończący się potok paplaniny, tak błahy, że nawet nie jest zabawny. To ciągle te same, nieświeże myśli, opinie i wspomnienia. I podczas gdy tak paplamy do samych siebie, w tle jeszcze gra radio lub telewizor. Brak ciszy. Uważność polega na byciu cichym. Na posiadaniu umysłu, który jest spokojny i obecny w tym, co się dzieje.

Drugi sposób to mycie naczyń, aby myć naczynia. W ten sposób też uzyskasz czyste naczynia. Ale gdy myjesz naczynia, najważniejszą rzeczą na całym świecie jest właśnie to, bo to właśnie robisz. Jeśli to pominiesz, chwila przepadnie. Chodzi o umysł, który jest czujny i wie, że myje naczynia; jest świadomy wody, rąk i talerzy. To poczucie obecności i wiedzy jest kluczowe. Jeśli się tego nauczysz, to po zmywaniu będziesz mieć nie tylko czyste naczynia, ale i czysty umysł. To proste, ale problemem jest to, że zapominamy. Prawdziwym znaczeniem uważności jest pamiętanie, a jej bezpośrednim wrogiem – zapominanie.


Bezwład umysłu

Bezwład naszego umysłu jest ogromny. Czasem ludzie słyszą o uważności i myślą: „Brzmi nieźle, spróbujmy”. Starają się być obecni, słyszeć siebie, gdy mówią, wiedzieć, jak się poruszają. Na początku jest to trudne – najczęściej tylko myślimy o byciu obecnym. Ale to nic, zaczynamy tam, gdzie jesteśmy. Po kilku dniach taka osoba mówi: „To było świetne, naprawdę mi się podobało. Ludzie mówią, że jestem milszy, czuję się super”. Myślimy sobie: „O tak, poczekaj chwilę”. Po sześciu tygodniach pytamy, jak tam uważność. „Uważność? Ojej… zapomniałem!”. Zapomnieliśmy. Nie dlatego, że to nie działało, ani nie dlatego, że to niemożliwie trudne (w rzeczywistości jest dość proste). To bezwład, lenistwo i niechęć umysłu do bycia w teraźniejszości.

Budda powiedział, że uważność jest jak sól w curry – nadaje smak wszystkiemu, co robimy. To ożywia każdą czynność, sprawiając, że czujemy się, jakbyśmy wykonywali ją po raz pierwszy. Świat staje się jaskrawy i wyraźny, a wszystko nabiera ostrości. Zazwyczaj jest tak, jakbyśmy patrzyli przez soczewkę, która jest zamglona i niewyraźna, przez co nie widzimy jasno. Kiedy jednak ustawimy ostrość, wszystko staje się bardzo wyraziste i klarowne.

Tak samo jest z umysłem. Regulujemy go i nagle wszystko staje się bardzo przejrzyste, żywe i świeże – jak te naczynia – a nie jak ten stary, nieświeży umysł, z którym żyjemy na co dzień. To jest nowy umysł. Ta jakość jest niezwykle istotna w rozwijaniu duchowych aspektów naszego codziennego życia. Jest to coś, co każdy z nas może pielęgnować zarówno w dzień, jak i w nocy.

Buddha podzielił uważność na cztery aspekty:

  • uważność ciała,
  • uważność uczuć,
  • uważność samego umysłu,
  • oraz (w interpretacji mahajany) uważność na zewnętrzne dharmy, czyli zjawiska.

Oznacza to wszystko, co odbieramy za pomocą pięciu zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, dotyku i węchu.


Zaczynamy więc od tego, co najłatwiejsze, czyli od ciała, ponieważ jest ono najbardziej namacalne. Tybetańczycy zazwyczaj kładą nacisk na uważność samego umysłu, lecz na początkowym etapie jest to dość trudne, jako że nasze umysły są bardzo zmienne, wzburzone i trudno je „uchwycić”.

Dlatego być może lepiej zacząć od czegoś w miarę stabilnego i solidnego, jak nasze ciało. Buddha mówi, że zaczynamy od myśli: „kiedy stoję, wiem, że stoję; kiedy siedzę, wiem, że siedzę; kiedy leżę, wiem, że leżę; kiedy idę, wiem, że idę”.

Pomyślcie o tym przez chwilę. Jak często stoimy lub siedzimy, nie będąc nawet świadomymi tego, że to robimy, ponieważ nasze umysły pędzą gdzieś przed siebie? Często w ogóle nie wiemy, co robią nasze ciała. To coś bardzo prostego, co pozwala nam wrócić do teraźniejszości – po prostu wiedzieć, że siedzimy, kiedy siedzimy, i doświadczać tego, jak ciało czuje się w danej chwili; to właśnie jest uważność ciała.

Kolejnym krokiem jest świadomość oddechu, ponieważ świadomy wdech i wydech to sposób na natychmiastowe scentrowanie się. Nie możemy przecież oddychać w przeszłości ani w przyszłości – możemy oddychać tylko teraz.

W ciągu dnia mamy nieskończenie wiele okazji do praktyki. W New Delhi na czerwonych światłach widniały wielkie białe napisy: „RELAX”. To wspaniałe. Dojeżdżamy do czerwonego światła – cudownie. Relaksujemy się, wdychamy, wydychamy, czując wdzięczność do światła za to, że jest czerwone i daje nam szansę na ponowne odnalezienie wewnętrznej równowagi. Jeśli do kogoś dzwonimy i słyszymy tylko niekończącą się sekretarkę – świetnie. Wdech, wydech, powrót do centrum i w tym momencie jesteśmy już gotowi, by zostawić wiadomość po sygnale.

Cały dzień oferuje nam nieskończone możliwości powrotu do naszego centrum, do naszego świadomego bytu: mycie zębów, picie, czesanie włosów, golenie, a nawet palenie papierosa – cokolwiek. Wykorzystaj ten moment, tę prostą czynność, bądź jej świadomy w danej chwili. Nie myj zębów, myśląc o tysiącu innych spraw. Po prostu myj zęby, żeby je umyć, i miej tego świadomość.

To wszystko jest treningiem bycia obecnym. Ponieważ teraźniejszość to wszystko, co mamy.

Jeśli nauczymy się, jak naprawdę wykorzystywać nasz dzień do rozwijania tej jakości uważności i świadomości, to kiedy usiądziemy do medytacji, nie będzie to sprawiało tak wielu trudności, ponieważ trenowaliśmy umysł w ciągu dnia. Sprawiamy wtedy, że umysł nam pomaga, zamiast być – jak to zwykle bywa – jedynie przeszkodą.

Ci z was, którzy poważnie myślą o pielęgnowaniu tej praktyki, powinni czytać książki na ten temat i, jeśli to możliwe, brać udział w kursach medytacji oraz pytać o radę osoby z większym doświadczeniem w tej dziedzinie. Jest to bowiem niezwykle istotna cecha, która nie ma nic wspólnego z czyjąś orientacją duchową i każdy może z niej korzystać. Co więcej, podczas tej najgłębszej praktyki nikt nawet nie wie, że ćwiczymy!

Możemy ją zabrać ze sobą wszędzie, w każdych okolicznościach, nawet siedząc w toalecie. Nie ma znaczenia gdzie – wszędzie, każde działanie, każda myśl i każde słowo mogą być obiektem naszej uważności, naszego poznania. To kluczowa jakość do rozwinięcia, jeśli podchodzimy do sprawy poważnie. Pomaga nam ona we wszystkim, więc nie należy jej traktować lekkomyślnie.