Zajmowaliśmy się nieco ideą siamathy – ideą czynienia umysłu bardziej cichym, skupionym i jednoupunktowionym. Mówiliśmy też o tym, że pomaga to umysłowi dostrzec dno jeziora, ale nie usuwa mułu; nie usuwa wszystkich tych śmieci i chwastów leżących na dnie.
Kiedy byłam w Lahaul, przed moją jaskinią znajdował się płaski teren, coś w rodzaju patio. Była to utwardzona ziemia, a na jej powierzchni rosły kępki ładnych, małych kwiatuszków. Kiedy padał deszcz lub śnieg, robiło się tam bardzo błotniście, postanowiłam więc wyłożyć ten teren dużymi, płaskimi kamieniami. To oznaczało, że muszę wyrwać te małe kwiatki. Uznałam, że jedynym sposobem na pozbycie się tych delikatnych chwastów jest nie tylko usunięcie samych kwiatów, ale dotarcie głęboko do korzeni – do całego systemu korzeni – tak, aby nie urosły ponownie. Wyobrażałam sobie, że je po prostu pociągnę i wszystko wyjdzie. Jednak gdy zaczęłam ciągnąć korzenie tych małych kwiatków, okazało się, że dosłownie przechodziły one przez całe patio. Były rozrośnięte i połączone ze sobą: ogromny, podziemny system korzeniowy, mimo że na powierzchni widoczne było tylko kilka małych kępek kwiatów.
To doskonały przykład chwastów naszego umysłu. Na powierzchni wyglądają atrakcyjnie: „Och, uwielbiam czekoladę” albo „Uwielbiam nowe ubrania”. Wyglądają niewinnie, ale te korzenie pragnień są głębokie i grube, rozprzestrzeniają się i leżą u podstaw wszystkiego. Na tym polega problem. Te korzenie naszych negatywności, naszego złudzenia, niechęci i chciwości są tak głęboko osadzone w naszym umyśle, że przenikają wszystko, a my często nawet nie rozpoznajemy czym naprawdę są. Jaki jest więc sens w ich wyrywaniu? Wyrywamy trochę tu, przycinamy i podskubujemy trochę tam, ale to nie rozwiązuje problemu tych bardzo, bardzo głęboko zakrzenionych.
Wydaje mi się więc, że medytacja wglądu (wipasjana) zajmuje się umysłem na dwóch frontach, które ostatecznie łączą się jako urzeczywistnienie pustej natury umysłu. Po pierwsze, mierzymy się z faktem, że nasz umysł jest przeniknięty przez te bardzo głębokie, negatywne impulsy, które generują tak wiele bólu i problemów w naszym życiu – dla nas samych i dla innych wokół nas. Po drugie, przechodzimy ponad to, do samej kwestii tego, kto w ogóle doświadcza tego bólu i tych problemów. Zajmiemy się tym pokrótce, choć to szeroki temat.
A zatem, dzięki praktyce siamathy nasz umysł nieco się uciszył. Strumień naszych myśli zazwyczaj przechodzi przez trzy etapy. Najpierw przypomina wodospad – po prostu rozbija się i kaskadowo spada w dół. Potem staje się jak wzburzona rzeka, która w miarę upływu biegu stopniowo łagodnieje. Ostatecznie rzeka wpada do oceanu.
Nasz umysł dotarł już do momentu, w którym nie jest już spadającym kaskadą wodospadem. Jest teraz bardziej jak spokojnie płynąca rzeka. Na tym etapie medytacji spokojnego spoczywania nie musimy wchodzić w ów ocean samadhi czy głębokiej absorpcji. To nie jest tutaj tak istotne. Musimy po prostu sprawić, by nasz umysł stał się cichszy i musimy nabyć zdolność koncentracji na jednym punkcie, posiadania jednopunktowego skupienia. Te dwie rzeczy są wymagane, ale nie musimy być w stanie całkowitego braku jakichkolwiek myśli.
Wcześniej, gdy rozwijaliśmy jednopunktową koncentrację, ignorowaliśmy myśli. Nie poświęcaliśmy im uwagi. Skupialiśmy uwagę na punkcie zogniskowania naszej koncentracji, którym był oddech. Teraz jednak robimy coś innego: bierzemy tę koncentrację i kierujemy ją na same myśli. Mówi się, że przypomina to kogoś, kto siedzi na brzegu i po prostu patrzy na przepływającą rzekę. Nie próbuje jej tamować ani w żaden sposób zmieniać jej biegu, tylko patrzy; siedzi tam i obserwuje. Tak więc siedzimy na brzegu naszej mentalnej rzeki i patrzymy na przepływające myśli. Nie próbujemy w nie ingerować. Nic z nimi nie robimy. Najważniejsze to nie dać się zafascynować, nie dać się wciągnąć w te myśli: „Och, to ciekawy pomysł. Hmm, tak, racja” – i w następnej minucie nasz umysł odpływa z prądem rzeki, całkowicie porwany, lub: „To straszna myśl. Jak mogłem pomyśleć coś takiego? Podobno studiuję Dharmę. Uczeń Dharmy nigdy tak nie myśli” – i znowu daliśmy się porwać. Ważne jest więc, aby tak nie myśleć, tylko patrzeć na myśli płynące jako myśli, nie ingerować w nie i po prostu pozwolić im odpłynąć.
Kiedy byłam w Lahaul, w himalajskiej dolinie, poniżej mojej jaskini znajdowała się łąka. Czasami w okresie letnim pasterz przyprowadzał tam swoje stado na wypas. Pewnego razu zauważyłam, że owiec nie pilnuje ten co zwykle pasterz, lecz młodszy chłopiec. Ewidentnie ten chłopiec nigdy wcześniej nie strzegł owiec i prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, że dostanie lanie, jeśli zgubi choćby jedną. Był więc niezwykle ostrożny, by mieć te owce stale na oku. Trzymał je bardzo blisko siebie. Tworzyły ciasno zbite stado; prowadził je tutaj, potem tam. Upewniał się, że wciąż są blisko siebie, ponieważ owiec było kilkaset, a on nie chciał stracić żadnej z nich. Przez cały dzień gonił je z miejsca na miejsce. Oczywiście owce były bardzo niespokojne i tak naprawdę niewiele zjadły, bo cały czas były w tak ściśniętej grupie. Chłopiec był kompletnie wycieńczony i pod koniec dnia wszyscy ledwo żywi zeszli ze wzgórza.
Następnego dnia wrócił stary, doświadczony pasterz. Jedyne, co zrobił, to zaprowadził owce na zwykłe miejsce. Potem odszedł, wszedł na pagórek, z którego miał widok na całą łąkę, wyciągnął butelkę piwa, położył się i po prostu patrzył. Owce rozproszyły się, jadły, trochę spacerowały i ostatecznie po południu położyły się, idealnie zrelaksowane i najedzone. Pasterz leżał tam przez cały dzień, obserwując je, a wieczorem zebrał je wszystkie i bardzo spokojnie oraz szczęśliwie zeszły z powrotem w dół wzgórza. Sęk w tym, że pasterz, obserwując owce, nie zasnął – on czuwał. Gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie, gdyby przyszedł wilk, zerwałby się w ułamku sekundy. Gdyby któraś z owiec oddaliła się za daleko, poszedłby i przyprowadził ją z powrotem. Wiedział, co się dzieje z owcami, ale nie ingerował. Dzięki temu owce były szczęśliwe, on był szczęśliwy, każdy dostał to, czego potrzebował, a dzień minął przyjemnie.
To bardzo dobry przykład tego, co należy, a czego nie należy robić podczas obserwacji umysłu. Jeśli obserwujemy umysł w ogromnym napięciu, trzymając wszystkie myśli razem, gotowi do skoku w minucie, gdy o czymś zapomnimy lub gdy jakakolwiek myśl ucieknie – „każda myśl, nie mogę przegapić żadnej myśli” – skończymy z czymś, co nazywa się loong, czyli nierównowagą energii pierwotnej (w innych tradycjach nazywanej „qi”). Mistrz zen, Suzuki Roshi, powiedział, że sposobem na kontrolowanie krowy jest danie jej dużego pastwiska. Kiedy próbujemy rozwijać te cechy uważności, przytomności i obserwacji umysłu, bardzo ważne jest, aby dać umysłowi szerokie pastwisko, a nie trzymać go zbyt ciasno. To skrajne napięcie nie jest tym, o co nam chodzi. Mówimy o pozwoleniu myśli przychodzić i płynąć, a w międzyczasie po prostu o wiedzeniu, obserwowaniu, dostrzeganiu – a jeśli kilka przegapimy, to nie ma znaczenia. Pasterz od czasu do czasu przymykał oczy; jestem pewna, że uciął sobie tu i ówdzie krótką drzemkę, ale zasadniczo, gdyby pojawił się zły wilk, zerwałby się na równe nogi, rozumiecie?
To jest kolejny etap po tym, jak praktykowaliśmy z oddechem lub z jakimś obiektem przed nami. Kiedy myśli trochę się uspokoiły i nie są już tak chaotyczne, i kiedy nasze poczucie jednopunktowości, koncentracji i uważności stało się nieco silniejsze i wyraźniejsze, wtedy przenosimy uwagę z oddechu na sam umysł. Według psychologii buddyjskiej nie możemy mieć dwóch momentów myślowych w tym samym czasie. Dwa stany mentalne nie mogą pojawić się w naszej świadomości jednocześnie. Nasze stany umysłu zmieniają się niewiarygodnie szybko, ale niemniej jednak następują po sobie sekwencyjnie. Dlatego im więcej mamy momentów uważności, tym mniej jest momentów dyskursywnego (rozedrganego) myślenia. Gdy nasza przytomność staje się silniejsza i bardziej stała, przestaje przeskakiwać tam i z powrotem między uważnością a momentami dyskursywnymi, stając się po prostu czystą uważnością. Wtedy myśli zaczynają zwalniać, jest ich coraz mniej… aż w końcu wydaje się, że myśli całkowicie ustały. W umyśle nie ma już ruchu. Umysł jest całkowicie cichy, ale przytomność jest ekstremalnie ostra. Kiedy docieramy do tego punktu, zaczynamy rozwijać to, co nazywa się wglądem. Zaczynamy używać tej inteligencji do wglądu w sam umysł.
Jak powiedziano wcześniej, żyjemy z poziomu naszego umysłu, wszystkiego doświadczamy wyłącznie poprzez nasz umysł. A jednak samego umysłu nie znamy. Nigdy mu się nie przyjrzeliśmy. Mówimy: „myślę”, „pamiętam”, „moim zdaniem”, „mój osąd jest taki”. Jesteśmy pełni osądów, intencji, idei, myśli, fantazji, marzeń i wspomnień, ale czym jest myśl? Jak wygląda? Skąd się bierze? Gdzie przebywa? Dokąd odchodzi? Jakie to uczucie? Jak to wygląda? „Jestem zły”, „jestem szczęśliwy”, „jestem smutny”, ale jak wygląda emocja? Skąd przychodzi? Używamy więc umysłu do przyjrzenia się umysłowi. To tak, jakbyśmy postawili wielki znak zapytania i pytali umysł: „Gdzie jesteś?”. Patrzymy więc w umysł i próbujemy zobaczyć, czym jest myśl, jak wygląda? Czym jest? Chodzi o to, by tego doświadczyć, a nie rozważać to intelektualnie. Moglibyśmy myśleć o myśli, ale możemy też faktycznie myśli doświadczyć.
Wtedy zadajemy pytanie: „Dobrze, a więc są myśli”. A potem są chwile, kiedy myśli nie ma. Czy to to samo, czy coś innego? A co z przytomnością, która obserwuje myśli? Czy ta przytomność jest tym samym co myśli, czy czymś innym? I jak ta przytomność wygląda? Czy potrafimy dostrzec tego, kto widzi? Czy potrafimy zaobserwować obserwatora? I wreszcie, oczywiście, pytanie nad pytaniami – „Kim jest obserwator?”. Nie dam wam odpowiedzi! Ponieważ mówimy: „myślę”, „pamiętam”, „lubię”, „nie lubię”, „jestem szczęśliwy”, „jestem smutny”, „jestem dobrym człowiekiem”, „jestem złym człowiekiem” – kim jest to „ja”? Zazwyczaj nigdy o to nie pytamy, nigdy tam nie zaglądamy. To jest sedno sprawy. To samo serce problemu, ponieważ zawsze kurczowo trzymamy się naszych fałszywych identyfikacji i to właśnie te fałszywe identyfikacje powodują w nas tak wiele zamieszania i tak wiele cierpienia.
Identyfikujemy się przede wszystkim z konkretnym ciałem, które posiadamy: „jestem kobietą”, „jestem mężczyzną”, „jestem biały”, „jestem czarny”, „jestem brązowy”, „jestem Azjatą”, „jestem Europejczykiem”, „jestem Amerykaninem”, „jestem Afrykaninem”, „jestem piękny”, „jestem brzydki”, „jestem wysoki”, „jestem chudy”, „jestem gruby”, „to jestem ja” – ale oczywiście nie jesteśmy naszymi ciałami. Jesteśmy ze swoimi ciałami połączeni, ale nimi nie jesteśmy. Kiedy umieramy, zostawiamy ciało za sobą, ale świadomość idzie dalej. Tak więc wszystkie te wspomnienia, wszystkie te identyfikacje, które są powiązane z naszą fizyczną formą, są tylko tymczasowe. Nie są tym, kim naprawdę jesteśmy. Są rolą, którą gramy w tym konkretnym momencie. Wszyscy mieliśmy nieskończenie wiele żywotów, nieskończenie wiele różnych form, z pewnością jako mężczyźni i jako kobiety, w wielu różnych krajach, pod wieloma różnymi postaciami, i za każdym razem myśleliśmy: „to jestem ja, tym właśnie jestem”, a potem umieraliśmy, porzucaliśmy tę formę, a przyjmując nową tożsamość, znowu myśleliśmy: „To jestem ja”, „Tym właśnie jestem”.
Identyfikujemy się też z naszymi myślami, opiniami i osądami, oraz identyfikujemy się z naszymi wspomnieniami – zwłaszcza tymi smutnymi, zwłaszcza tymi trudnymi; kurczowo trzymamy się cierpienia i wokół niego kręcimy całą swoją tożsamość. Jesteśmy tak przewrotnymi istotami! Kiedy jednak zajrzymy w swój umysł, zobaczymy, że wspomnienia to tylko myśli, nic więcej. Wydarzenia, które pamiętamy, skończyły się, minęły lata temu. Nie ma ich tutaj, nie istnieją teraz. Wszystko, z czym zostajemy, to nasze myśli, ale kiedy przyjrzymy się swoim myślom, w swojej istocie są one całkiem przezroczyste. To nie jest rzecz. Dlaczego więc tak bardzo się z nimi identyfikujemy? Nasze opinie się zmieniają. Nasze pomysły się zmieniają. Tak bardzo trzymamy się jednej idei, a potem coś się dzieje i nasza opinia całkowicie się zmienia.
Wróćmy do tej całej kwestii umysłu. Dam wam przykład. Wszystkie analogie są niedoskonałe, ale dają pewne wyobrażenie, więc nie trzymajcie się jej zbyt kurczowo. Wyobraźcie sobie, że jesteśmy w kinie. Jesteśmy w kinie, jest tam wielki ekran, a na ekranie wyświetlany jest film, w którym występuje bohater i bohaterka. Bohater i bohaterka spotykają się, ach tak, ale och nie, ona gdzieś wyjeżdża, rany, czarny charakter się zbliża, o nie… ale mniejsza z tym, czarny charakter zostaje wysadzony w powietrze, a bohater zdobywa bohaterkę… Rzecz w tym, że kiedy oglądamy ten film, jeśli jest smutny – szlochamy, a jeśli jest wesoły – śmiejemy się. Jesteśmy tam całkowicie, doświadczamy ich emocji. Naprawdę w to wierzymy; wiemy, że to tylko film, ale wciąż jesteśmy poruszeni, a jeśli film jest smutny, wychodzimy z kina w pewnym sensie przygnębieni. To potrafi zepsuć nam cały wieczór.
Gdybyśmy jednak zamiast patrzeć na ten wielki ekran z tym wszystkim, co dzieje się tam z przodu, odwrócili uwagę do tyłu, zobaczylibyśmy, że tak naprawdę bije stamtąd światło. To, co naprawdę się dzieje, to projektor rzucający jasne światło. To światło świeci przez pojedyncze, przezroczyste klatki filmowe, które poruszają się bardzo szybko. Światło przechodzi przez te klatki i zamienia się w kolorowe światło, które jest rzucane na ekran. Ponieważ klatki poruszają się tak szybko, wydaje się, że jest to ruchomy obraz, wygląda to tak, jakby tam była rzeczywistość. To jest właśnie film, który oglądamy. W rzeczywistości to tylko rząd małych, przezroczystych klatek poruszających się bardzo szybko, przez które przechodzi światło.
To naprawdę bardzo dobry przykład tego, jak działa umysł: czyste światło naszej czystej przytomności świeci przez przezroczyste momenty umysłu, które poruszają się tak szybko, że przez drzwi naszych zmysłów rzutowana jest cała nasza zewnętrzna rzeczywistość. Wypróbujcie to. Zasadniczo to, co widzimy, jest odbiciem naszego własnego umysłu. Nie jest to aż tak proste, ale bliskie prawdy. Nieustannie projektujemy własną rzeczywistość i dlatego sytuacja jest tak pomieszana – ponieważ nasze umysły są pomieszane.
Pewnego razu poprzedni Gjalła Karmapa był bardzo chory w Delhi. W tym czasie poszłam odwiedzić Jego Świątobliwość Sakja Trizina, który jest głową szkoły sakja i powiedziałam do niego: „Och, czyż to nie straszne, że Karmapa jest tak chory?”. On odpowiedział: „Karmapa nie jest chory. Karmapa jest poza narodzinami i śmiercią. To twoja nieczysta percepcja widzi Karmapę jako chorego”. Powiedziałam więc: „No tak, ale Wasza Świątobliwość, Tai Situ Rinpocze, który jest bodhisatwą na bardzo wysokim poziomie i ewidentnie nie ma nieczystych percepcji, był bardzo zmartwiony i przybity tym, że Karmapa choruje”. Na co Sakja Trizin odparł: „Tai Situ Rinpocze nie był przybity ani zmartwiony. To twoja nieczysta percepcja widziała go jako zmartwionego”. W tym momencie powiedziałam tylko: „Och, racja, tak”. Projektujemy własną rzeczywistość.
Gdzieś w jednej z sutr jest fragment, w którym Ananda, kuzyn i osobisty asystent Buddy, powiedział do Buddy: „Jak to jest, że wszyscy inni Buddowie mają piękne, czyste krainy Buddy, gdzie wszystko jest tak idealne i urocze, a Ty masz taką okropną krainę Buddy?”. A Budda odpowiedział: „Moja kraina Buddy jest całkowicie idealna. To tylko twój nieczysty umysł widzi ją jako okropną”. Nasze nieczyste percepcje tworzą rzeczywistość, którą postrzegamy. Ale oczywiście to nie oznacza, że całe to zewnętrzne zjawisko jest czystą iluzją. To nie jest dokładnie iluzja. Tybetańczycy mówią, że jest jak iluzja. Jest jak iluzja, ponieważ projektujemy i nie jesteśmy świadomi, że to jest nasza projekcja. Ponieważ nasze percepcje są zniekształcone przez ego i nieczyste postrzeganie, nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę – postrzegamy jedynie naszą własną wersję opartą na złudzeniu.
Przyglądaliśmy się więc umysłowi. Patrzymy na przepływ myśli. Kiedy obserwujemy myśli, a przytomność jest bardzo silna, wtedy myśli zaczynają zwalniać; to jak z filmem – taśma filmowa zaczyna kręcić się coraz wolniej i wolniej, i wtedy zaczyna się rozpoznawać poszczególne klatki, a nie wyświetlany film. Podobnie, jeśli nasza przytomność jest jasna i stabilna, myśli zaczynają zwalniać i mogą być rozpoznane jako połączone ze sobą myśli. I może się zdarzyć, że kiedy nasza przytomność jest bardzo jasna, strumień myśli rozdziela się na moment i pojawia się szczelina między ostatnią myślą a następną. Kiedy pojawia się ta szczelina, obserwator bezpośrednio jednoczy się z tym, co leży u podłoża myśli – czyli z naturą umysłu będącą jak czyste światło.
W tym momencie, który zazwyczaj trwa tylko przez krótką chwilę, pojawia się bezpośrednia intuicja i urzeczywistnienie natury umysłu: niedwoistej, niekonceptualnej, nieuwarunkowanej, poza myślami. Nie możemy o tym myśleć, ale możemy tego doświadczyć. W tego rodzaju medytacji chodzi o to, aby uzyskać jak najwięcej przebłysków tych momentów niedwoistego widzenia i te momenty przedłużać. W miarę jak umysł naturalnie spoczywa w tej nienarodzonej przytomności częściej i przez dłuższy czas, ostatecznie pozostawalibyśmy w tym stanie przebudzenia przez cały czas. To poziom przytomności, który nie ma granic. Nie ma tam „ja” i „innego”. Niebo nie ma centrum i niebo nie ma obwodu – jest bezkresne. Niebo przenika wszystko, nie tylko nad nami, ale wszędzie. To jest przestrzeń. Bez przestrzeni nie moglibyśmy mieć niczego, ponieważ przestrzeń jest wszystkim. Wszystko składa się z przestrzeni, w której wiruje zaledwie kilka protonów i neutronów. Jeśli nie ma przestrzeni, nic nie może istnieć.
Kiedy wchodzimy do tego pokoju, widzimy ludzi, widzimy krzesła, widzimy mikrofon na stole, ale możemy ich widzieć tylko dzięki przestrzeni, a jednak samej przestrzeni nie widzimy. Właściwie większość z tego, co tu jest, to przestrzeń. Na zewnątrz i wewnątrz – to wszystko przestrzeń. Przeczytałam gdzieś, że faktyczną masę stałą ludzkiego ciała można skondensować i zmieścić na łebku od szpilki. Wszystko jest więc przestrzenią, a ta przestrzenność znajduje odzwierciedlenie w prawdziwej Naturze Umysłu. Kiedy ludzie mówią o swoim „prawdziwym ja”, rodzi to wyobrażenie kogoś siedzącego w naszym wnętrzu: większego, lepszego, wspanialszego MNIE. Ale zupełnie nie o tym mówimy. Kiedy urzeczywistniamy prawdziwą naturę naszej istoty, gdzie jest „ja”, gdzie jest „inny”? W przestrzeni nie mogę powiedzieć, że to jest mój kawałek przestrzeni, a to twój kawałek przestrzeni. To po prostu przestrzeń. Gdzie jest granica? Na ziemi możemy postawić płoty, ale w przestrzeni jak postawić płoty? Gdzie to się zaczyna? Gdzie kończy? I prawdziwa natura umysłu jest właśnie taka. Jest bez początku i bez końca, nie ma centrum ani obwodu. To bezkresne współzależne połączenie ze wszystkimi istotami.
Tego nie da się zobaczyć, nie da się o tym pomyśleć pojęciowo, ale z pewnością można tego doświadczyć i to urzeczywistnić: to jest umysł buddy. I ta rozległa, przestrzenna, pusta jakość umysłu jest wypełniona wszystkimi wspaniałymi właściwościami mądrości, współczucia i czystości. Nie jest pusta w sensie jałowości czy próżni. Porównanie natury umysłu do nieba jest dobre, ponieważ daje nam ogromne poczucie nieskończoności. Ale przestrzeń kosmiczna nie jest świadoma, podczas gdy zasadniczą cechą tej wewnętrznej przestrzenności jest przytomność i to, że jest wszystkowiedząca… Gdybyśmy nie mieli tej jakości, nie moglibyśmy istnieć. To ta czysta przytomność stoi za działaniem naszych zmysłów, pozwala nam cokolwiek wiedzieć oraz rozświetla nasze myślenie i emocje. Za ruchem konceptualnego umysłu kryje się to rozległa, cicha wszechwiedza. To takie proste. Ale my w to nie wierzymy. To doprawdy smutne, że to przegapiamy, ponieważ próbujemy osiągnąć coś wielkiego i wspaniałego, przez co przeoczamy prostotę, która jest tuż przed nami.
Istnieje opowieść o Patrulu Rinpocze, który był wielkim lamą tradycji ningma około 100 lat temu. Miał ucznia, który był khenpo – profesorem filozofii. Profesor ten był niezwykle uczony i bardzo oddany Patrulowi Rinpocze. Mimo że był wielkim uczonym, nigdy nie urzeczywistnił natury umysłu. Nigdy nie doznał bezpośredniego urzeczywistnienia. Był tym bardzo zmartwiony. Był smutny, ponieważ rozumiał, że cała jego wiedza tkwi w głowie, jest tylko intelektualna. Nie stało za nią żadne urzeczywistnienie, więc w zasadzie była bezużyteczna. Pewnego dnia odwiedził Patrula Rinpocze, który mieszkał w małej chatce gdzieś wysoko w górach. Wieczorem siedzieli po prostu na zewnątrz. Patrul Rinpocze powiedział do niego: „Połóżmy się na ziemi”. Położyli się więc na ziemi, a w oddali szczeknął pies. Patrul Rinpocze zapytał: „Słyszałeś to?”. Khenpo odpowiedział: „Tak, to pies”. Patrul Rinpocze na to: „To jest właśnie to!”. Wtedy Khenpo to pojął. Rozumiecie? Sam fakt, że wiemy, że słyszymy, że potrafimy rozpoznawać rzeczy – to właśnie tam jest ta czysta przytomność! Ale my w to nie wierzymy…
Opowiem wam inną historię. Pewnego razu, za czasów Buddy, w południowych Indiach żył pewnego rodzaju sadhu, medytujący jogin. Medytował pod drzewem, gdy doznał pewnego doświadczenia, pomyślał więc: „O, super. Teraz jestem oświecony!”. Duch, który mieszkał w tym drzewie, powiedział do niego: „Nie, nie, to nie jest oświecenie”. Jogin zapytał: „Naprawdę nie?”. A duch drzewa odpowiedział: „Nie, to nie to”. Sadhu dopytywał: „Cóż, czy jest ktoś, kto jest oświecony?”. Duch odparł: „Cóż, wśród duchów drzew krąży wieść, że na północy żyje facet, którego nazywają Buddą. Mówi się, że jest oświecony. Idź i go zobacz”. Sadhu powiedział: „Dobrze”. Ruszył więc w drogę, oczywiście pieszo. W Indiach Sadhu, nawet w dzisiejszych czasach, wszędzie chodzą pieszo. W końcu, po miesiącach i miesiącach trudów, dotarł do miasta, w którym przebywał Budda. Było bardzo wcześnie rano, a Budda zbierał właśnie jałmużnę. Sadhu podszedł do Buddy, rzucił mu się do stóp i powiedział: „Powiedz mi, czego potrzebuję, aby stać się oświeconym”. Budda odpowiedział: „Zechciej łaskawie zejść z moich stóp! Hmm, to nie jest odpowiedni moment. Zbieram teraz jałmużnę. Proszę, przyjdź później”. Sadhu na to: „Nie, nie, nie, musisz mi powiedzieć, jestem zdesperowany. Muszę wiedzieć. Jak mam stać się oświeconym?”. Budda powiedział: „Naprawdę, to niewłaściwy czas. Wróć za godzinę”. „Nie, musisz mi powiedzieć teraz. Nie mogę czekać”. Budda powiedział więc: „Dobrze. Słuchaj uważnie. W słyszanym jest tylko słyszane, w widzianym jest tylko widziane, a w…”. Sadhu zrozumiał natychmiast i uniósł się w powietrze. Ukłonił się Buddzie, po czym dokonał samospalenia!
Kiedy miałam około siedemnastu czy osiemnastu lat, pracowałam w bibliotece. W tym czasie mój umysł na chwilę się zmienił. Byłam bardzo świadoma tego, że kiedy dźwięki docierają do moich uszu, są jedynie wibracjami uderzającymi w bębenek, a rzeczy, które widziałam, były po prostu rzeczami widzianymi. Mój umysł był jak pusty dom, w którym wszystkie drzwi i okna były otwarte, wiatry wieściły przez niego, a w środku nikogo nie było w domu. Byłam bardzo świadoma każdego ze zmysłów, z których każdy działał we własnej sferze, ale nie były one mną ani moje. Może brzmi to bardzo chłodno, ale w rzeczywistości, gdy patrzyłam w oczy innym ludziom wokół mnie, widziałam, jak niesamowicie zaangażowani byli w to, co słyszeli i widzieli oraz o czym myśleli, i jak bardzo brakowało im wewnętrznej przestrzeni. Z tego powodu ich umysły były tak wzburzone – dokładnie tak, jak zazwyczaj wyglądał mój własny umysł. Wtedy zrodziło się we mnie ogromne współczucie, ponieważ w tamtym momencie tak wyraźnie widziałam i rozumiałam nasze ludzkie położenie.
To jest właśnie autentyczne współczucie, które rodzi się z wglądu. Zazwyczaj, kiedy patrzymy i kiedy czegoś doświadczamy, naprawdę wierzymy w to, co widzimy i czego doświadczamy. Jesteśmy całkowicie zaangażowani. To tak, jakby w środku nie było wolnego miejsca. Kiedy jednak rozwiniemy czystą przytomność, wtedy nie toniemy w swoich myślach. Przytomność zawsze znajduje się za myślami i uczuciami.
Przypomina to raczej deskę surfingową. W Malezji sprzedają koszulki, na których widać wielkie fale, a na falach deskę surfingową. Na desce w pozycji medytacyjnej siedzi postać, a pod spodem widnieje hasło: „Ujeżdżając fale życia, bądź uważny, bądź szczęśliwy”. Ta jakość przytomności jest jak deska surfingowa, ponieważ zazwyczaj jesteśmy całkowicie zatopieni w swoich myślach i emocjach, rzucani w górę i w dół przez fale naszych konceptualnych myśli: raz jesteśmy na górze, raz na dole, raz nas znosi w tę stronę, raz w tamtą, i jesteśmy bezradni. Posiadanie tej jakości przytomności jest jak posiadanie deski surfingowej – dzięki temu, choć wciąż jesteśmy połączeni z falami, nie toniemy w nich. W miarę jak stajemy się bardziej zręczni, zrównoważeni i opanowani, im większe fale, tym lepiej. Ale na początku zaczynamy od małych fali. Dlatego właśnie jeździmy na odosobnienia medytacyjne, gdzie jesteśmy chronieni. Dążymy do tej równowagi i wewnętrznej przestrzeni, ponieważ normalnie dusimy się w swoich myślach, uczuciach i emocjach. Praktykujemy więc zdolność do cofnięcia się o krok, aby zobaczyć myśli, wspomnienia, uczucia i emocje jako jedynie myśli, uczucia i emocje, jako jedynie stany mentalne, a nie jako coś stałego czy realnego, jako „ja” i „moje” – po prostu jako stany umysłu. Pojawiają się, zostają na chwilę i odchodzą. Tylko to się właściwie dzieje, ale ponieważ nie mamy przestrzeni w umyśle, nie potrafimy tego dostrzec.
Te medytacje dają nam przestrzeń, by zobaczyć, że nasze myśli i uczucia nie są czymś solidnym, czymś nieprzejrzystym. Są w swojej naturze puste jak bańka mydlana. Nie możemy ich uchwycić. Jeśli przyjrzymy się samej myśli, ona się ulatnia. Ostatecznie jest to najbardziej zręczny sposób radzenia sobie z emocjami, ponieważ wtedy, gdy pojawia się jakakolwiek emocja, patrzymy bezpośrednio w nią i w tym momencie widzenia ona po prostu znika.
Jeśli jako przykład weźmiemy negatywną emocję, taką jak gniew, to jeśli w samym momencie, gdy ta myśl dopiero się w nas rodzi, następuje jej rozpoznanie, wówczas ten gniew spontanicznie przekształca się w subtelną formę energii, która jest bardzo czysta i ostra. Te trucizny umysłu, jeśli dotrzeć do ich samych korzeni, są źródłem wielkiej energii mądrości. Problem polega na tym, że pozwalamy im rozwijać się nierozpoznanymi i wyłaniają się one w bardzo zniekształconych formach, takich jak chciwość, gniew i zazdrość. Jeśli jednak potrafimy złapać je dokładnie w tym momencie, gdy wyłaniają się w świadomości, mają one w sobie żywotność i klarowność. To niezwykle czysta forma energii. Dlatego w wyższych naukach mówi się, że im większe są nasze splamienia emocjonalne, tym większa mądrość! Dopóki jednak nie potrafimy złapać myśli w jej początkowej fazie, w momencie jej narodzin – dopóki nie potrafimy tego zrobić i przetransformować jej w tym ułamku sekundy – wtedy oczywiście lepiej jest próbować radzić sobie z negatywnymi emocjami w inny sposób. Kiedy jednak potrafimy już to zrobić, kiedy mamy tę niezwykle potężną przytomność, która widzi rzeczy bardzo wyraźnie moment po momencie, wtedy nie ma się czego bać, ponieważ każda myśl, która się pojawia, zostaje przekształcona w energię mądrości.
W tekstach tybetańskich, które pytają: „Spójrz, gdzie jest umysł? Czy jest w brzuchu? Czy jest w stopie? Czy jest w sercu? Czy jest w ramieniu?” – wydają się nigdy nie pytać: „Czy jest w głowie?”. Czyż to nie ciekawe? Być może nigdy nie przychodzi im do głowy, że umysł mógłby znajdować się w głowie. Pamiętam, jak mój lama, Khamtrul Rinpocze, powiedział kiedyś, jakie to osobliwe, że ludzie z Zachodu uważają, iż umysł jest w głowie. Powiedział, że mózg jest w głowie, ale mózg to nie umysł. Jakiś czas temu czytałam książkę słynnego chirurga mózgu, który napisał: „Wiemy już bardzo dużo o mózgu, ale wciąż nie znaleźliśmy umysłu”. Mózg to komputer, ale to nie jest energia, która ten komputer zasila. W przypadku ludzi z Zachodu, którzy są bardzo zorientowani na głowę, kiedy medytujemy, często zdarza się, że nasza medytacja zostaje w mózgu. Czasami ludzie dostają bólów głowy, ponieważ medytacja utknęła wysoko w głowie.
Gdyby ktoś powiedział do mnie: „Wiem, że weszłaś tu rano i ukradłaś mój portfel. Jesteś złodziejem!”, powiedziałabym: „Masz na myśli mnie?” i wskazałabym na klatkę piersiową. Nie powiedziałabym: „Masz na myśli mnie?”, wskazując na głowę. Dlaczego nie? Wszystkie nasze zmysły są w głowie: oczy, uszy, nos, usta, mózg – wszystko jest tutaj na górze. Dlaczego więc nie mówimy „JA”, wskazując na głowę? Nawet na Zachodzie, jakkolwiek byśmy nie byli zorientowani na intelekt, kiedy mówimy „naprawdę czuję to w głębi siebie”, wskazujemy tutaj, na klatkę piersiową, prawda?
Dlatego kluczowym elementem medytacji jest sprowadzenie naszej praktyki z głowy do serca, ponieważ mózg ze swojej natury jest dualistyczny. Dzieje się tak, że kiedy medytujemy, mamy siebie – podmiot medytacji, oraz obiekt medytacji, i oni jakby stoją naprzeciwko siebie. Ktoś opisał to jako dwie góry stojące naprzeciw siebie i z tego powodu medytacja pozostaje w intelekcie. Wciąż jest częścią naszych myśli. Kiedy medytacja zaczyna się pogłębiać, podmiot i obiekt zaczynają się scalać. Już nie medytuję – jestem medytacją – wtedy punkt ciężkości przenosi się do serca. Kiedy medytacja jest w sercu, nie ma dwoistości między podmiotem a obiektem. Wszystko się scala i stajemy się medytacją. Rozumiecie? Chociaż na początku zazwyczaj tak się nie dzieje, bardzo ważne jest, aby próbować jakoś ściągnąć medytację w dół, do ośrodka serca. Z tego powodu, jak sądzę, wiele medytacji tantrycznych koncentruje się wokół czakry serca, ponieważ my zawsze przebywamy w głowie. Szczególnie ludzie z Zachodu (oraz wszyscy Azjaci, którzy odebrali edukację typu zachodniego) zbyt mocno tkwią w swoich głowach. Kiedy medytujemy, zmieniamy to w kolejne ćwiczenie intelektualne, więc to nas tak naprawdę nie transformuje. Jakże często podczas odosobnienia nasze myśli się uspokajają, czujemy się wyciszeni i zrównoważeni, ale kiedy wychodzimy do świata, to wszystko znowu się rozpada! Dzieje się tak dlatego, że nie staliśmy się jednością z medytacją. Rozumiecie, co mówię? Ta wewnętrzna transformacja może nastąpić tylko wtedy, gdy arena działań zostanie przesunięta tutaj, do czakry serca. W przeciwnym razie zawsze będzie istniało oddzielenie. Chciałam o tym wspomnieć, ponieważ to ważny punkt. Czasami ludzie medytują przez całe lata, ale to wciąż siedzi w głowie, więc niewiele się zmienia i czują się zniechęceni.
Doskonałość mądrości (Pradżniaparamita) ma związek z tą jakością pustki (sunjaty). Buddyści tak dużo mówią o pustce. Nie jestem filozofem, więc nie będę wam wygłaszać wykładu o madhjamice. Chcę tylko porozmawiać trochę o pustce i o tym, czym pustka nie jest. Kiedy buddyści mówią, że wszystko jest puste, mówią zasadniczo o dwóch rzeczach: po pierwsze, że nic nie istnieje samo z siebie; nic nie istnieje samo w sobie i dla siebie. Wszystko może pojawić się tylko w relacji ze wszystkim innym. To dość oczywiste. Nie możemy pomyśleć o ciemności, dopóki nie pomyślimy o świetle. Nie możemy mieć lewej strony, jeśli nie mamy prawej. Nie potrafimy myśleć inaczej niż w kategoriach relatywnych. Filozofia zachodnia również się tym zajmuje. Uczeni analizują więc wszystko, rozkładając to na czynniki pierwsze. Weźmy zegarek. Jeśli zapytam was: „Co to jest?”, odpowiecie: „To jest zegarek”. Wtedy możemy zapytać: „Która jego część jest zegarkiem? Czy przód? Czy tył? Czy wskazówki? Czy mechanizm w środku?” i redukujemy to coraz bardziej, aby znaleźć tę „zegarkowość” zegarka, ale nigdy nie znajdziemy zegarka samego w sobie. To tylko etykieta, którą nakładamy na kombinację wielu, wielu rzeczy. Rzecz sama w sobie nie istnieje. Jest pusta od niezależnego istnienia. Nigdy, przenigdy nie znajdziemy rzeczy samej w sobie i dla siebie. Tak więc wszystko, co widzimy i czego doświadczamy, to tylko konwencjonalne etykiety. Ludzie spędzają trzydzieści lat na studiowaniu tego podejścia, więc macie szczęście – dostaliście to w zaledwie trzydzieści sekund!
Drugie znaczenie pustki to to, o czym mówiliśmy wcześniej. Ta przestrzenna jakość wszystkiego, która pozwala się zapełnić – ale to, co ją zapełnia, jest samo w sobie puste. Dotyczy to również umysłu. Filozofowie i uczeni spędzają wiele lat na analizowaniu rzeczywistości zewnętrznej, a jogini analizują rzeczywistość wewnętrzną.
Podczas pierwszej lekcji z moim starym nauczycielem joginem, wskazał on na mały stolik i zapytał mnie: „Czy ten stół jest pusty?”. Mając za sobą studia buddyjskie, odpowiedziałam: „Tak”. „A czy widzisz go jako pusty?”. Odpowiedziałam: „Nie”. Wtedy zapytał: „Twój umysł. Czy twój umysł jest pusty?”. Powiedziałam z nieco większą pewnością siebie: „Tak”. Na co on: „A czy widzisz go jako pusty?”. Odpowiedziałam: „Nie”. Wtedy zapytał: „Jak myślisz, co byłoby łatwiejsze? Zobaczyć stół jako pusty, czy zobaczyć swój umysł jako pusty?”. Odparłam: „Och, zdecydowanie zobaczyć umysł jako pusty”. Zaśmiał się i powiedział: „Dobrze, w takim razie możesz z nami zostać”. Naturalnie dopytałam: „Cóż, a gdybym powiedziała, że łatwiej zobaczyć pustkę stołu, co byś zrobił?”. Jogin odpowiedział: „Wtedy kazałbym ci iść na dół do Sera”. Klasztor Sera to wielki uniwersytet monastyczny, gdzie studiują o tym, „czym jest zegarek” i tym podobnych rzeczach.
Jednak tradycja jogiczna polega na studiowaniu pustki umysłu, ponieważ kiedy zrozumiemy pustkę umysłu, wtedy rozumiemy wszystko. Kiedy osiągamy urzeczywistnienie, nie tylko o tym myślimy, ale bezpośrednio widzimy, jak działa umysł i jak umysł projektuje zewnętrzną rzeczywistość, która staje się dla nas tak bardzo namacalna. Pomyślcie o tym, że każdy fizyk powie wam, iż ten stół jest w zasadzie pusty. To w gruncie rzeczy przestrzeń, w której kręci się zaledwie kilka protonów i neutronów. My tego tak nie widzimy. Nie doświadczamy tego w ten sposób. Doświadczamy stołu jako czegoś bardzo solidnego, a jeśli spróbuję go podnieść, jest ciężki. Tak ja to doświadczam, ale fizyk nie zobaczy tego w ten sposób, prawda? To, czego doświadczam, jest więc tym, co projektuje mój umysł. Gdybym miała zupełnie inne zmysły i inny rodzaj umysłu, prawdopodobnie doświadczałabym tego stołu w całkowicie odmienny sposób. Gdybym była jednym z tych małych robaczków, które wgryzają się w drewno, postrzegałabym to zupełnie inaczej, ale to też byłoby realne. Byłoby to realne dla kornika.
Wierzymy w to, co mówią nam zmysły, ale na przykład oświeceni mistrzowie zostawiają odciski swoich dłoni i stóp w twardych skałach – możemy je zobaczyć. Nawet obecny Karmapa jako chłopiec zostawiał odciski swoich dłoni i stóp na skałach wokół swojego klasztoru w Tybecie, zanim wyjechał do Indii. Jak mógł to zrobić? Mógł to zrobić, ponieważ jego umysł, będąc bardziej dostrojonym do rzeczywistości niż nasze umysły, widział, że skała nie jest tak solidna, na jaką wygląda. My jednak wierzymy swoim zmysłom i ulegamy pewnemu konsensusowi i zmowie, by widzieć rzeczy tak, jak prezentują nam je nasze postrzeganie zmysłowe. To jest w porządku, ponieważ tak funkcjonujemy i na poziomie relatywnym nie ma w tym nic złego. Jesteśmy tak wyposażeni, aby radzić sobie z życiem na płaszczyźnie konwencjonalnej. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy myślimy, że to jest ostateczna prawda. Problem wynika z tego, że ufamy, iż nasze uwarunkowane myśli mówią nam prawdę i bezgranicznie wierzymy w nasze bardzo przemijające tożsamości.
Problem nie tkwi w ego – problemem jest nasza identyfikacja z ego. Rozwiązaniem jest wiedzieć, że to tylko rola, którą gramy, jak aktor. Aby być przekonującym, aktor musi zagrać tę partię najlepiej, jak potrafi. Identyfikuje się z rolą. Ale byłby wielki kłopot, gdyby zszedł ze sceny i wciąż myślał, że ta rola jest tym, kim jest. Termin „osobowość” (personality) pochodzi od łacińskiego słowa persona, które oznaczało maskę noszoną na scenie przez aktorów w celu przedstawienia różnych postaci. Problem polega więc na tym, że nigdy nie zdejmujemy naszych masek, nawet w prywatności własnej sypialni. Myślimy: „Tym właśnie naprawdę jestem”.
W medytacjach tantrycznych człowiek widzi siebie jako bóstwo (jidama), na przykład widzi siebie jako Czenreziga, Bodhisatwę Współczucia. Kiedy jednak ludzie wykonują tę medytację, zwłaszcza obcokrajowcy (a może nawet i Tybetańczycy), siedzimy tam, wizualizując siebie: białych, z czterema ramionami, promieniujących światłem. Jednak wewnętrzny komunikat brzmi: „Teraz jestem Mary Smith i udaję Czenreziga”. I myślimy, że to jest rzeczywistość. „Jestem Mary Smith. Oczywiście, że naprawdę jestem Mary Smith, ale teraz będę udawać Czenreziga”. Myślimy, że to jest prawda. Ale oczywiście prawdziwa prawda jest taka, że w rzeczywistości jesteśmy Czenrezigiem udającym Mary Smith! Rozumiecie? To podstawowe złudzenie – polegające na identyfikowaniu się z niewłaściwymi rzeczami – leży u korzeni wszystkich naszych problemów.
Kiedy stajemy się oświeceni, nie stajemy się jakąś kosmiczną plamą, która się rozpływa w kosmicznej świadomości, to tak nie wygląda. Jeśli poznaliście jakichkolwiek wielkich, oświeconych mistrzów, zdajecie sobie sprawę, że są oni bardziej żywotni, bardziej kompletnie obecni, bardziej wyraziści niż zwykli ludzie, ale oni wiedzą, kim są, i wiedzą, kim nie są. Są świadomi tej obecnej formy, którą ucieleśniają, ale to jest tylko ich obecna forma, to nie jest to, kim i czym są.
Za tym kryje się ta rozległa, otwarta, przestrzenna przytomność, która jest nie tylko wiedzeniem, ale i pełnią doskonałej mądrości oraz współczucia. Mądrość oznacza, że widzimy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Rozumiemy rzeczy w pełni, bez zniekształceń. Kiedy więc mówimy o mądrości i pustce, nie jest to coś chłodnego i odległego; to ta otwarta, przestrzenna jakość, w której to, co na zewnątrz i to, co wewnątrz, zawiera w sobie wszystko. Umysł buddy jest pusty, a ponieważ jest pusty, może być pełen wszystkich właściwości buddy. My również jesteśmy pełni wszystkich właściwości buddy. Po prostu w tym momencie je zakryliśmy i o nich zapomnieliśmy. One wszystkie tam są, czekając, aż je odkryjemy, a jedynym sposobem na ich odkrycie jest zajrzenie do środka i rozpoczęcie zrzucania tych różnych warstw fałszywych zasłon – zasłon, które zakrywają to, co zawsze tam jest i czeka na znalezienie.
Tenzin Palmo
https://tenzinpalmo.com/archive/transcripts/paramitas/wisdom/
