Piąta paramita – medytacja

„Piątą paramitą jest doskonałość medytacji, czyli dhjana paramita. Zasadniczo medytację dzieli się na dwa strumienie: spokojnego spoczywania (siamatha) oraz wglądu (wipasjana). Wgląd wiąże się ze zdobywaniem mądrości i zrozumienia. Z tego względu zajmę się najpierw tym pierwszym, czyli siamathą (spokojnym spoczywaniem), a później postaram się połączyć mądrość i wgląd w jedno.

Wszystkiego doświadczamy za pośrednictwem umysłu. Zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie, możemy cokolwiek poznać tylko poprzez nasz umysł. Jeśli nasz umysł nie funkcjonuje, jesteśmy mniej lub bardziej martwi albo przypominamy zombie. Wszystko, czego doświadczamy i co wiemy, dociera do nas przez sześć zmysłów. Nasze sześć zmysłów to nie tylko pięć tradycyjnych zmysłów – zalicza się do nich także umysł, co oznacza, że wszystkie rzeczy, o których myślimy, są przetwarzane właśnie przez niego.

A jednak, jak wielu z nas ma jakiekolwiek pojęcie o tym, czym jest umysł? Jak wielu z nas doświadcza tego umysłu samego w sobie? Zawsze patrzymy na zewnątrz, a nawet kiedy rozmawiamy o umyśle, robimy to z intelektualnego punktu widzenia. Mamy najróżniejsze teorie, idee i koncepcje psychologiczne, ale żeby doświadczyć myśli jako myśli, doświadczyć emocji po prostu jako emocji, dowiedzieć się, czym jest emocja, jak ją odczuwamy, kto myśli – o to niemal nigdy siebie nie pytamy. A przecież wszystko – wszystkie nasze radości, smutki, nadzieje, lęki, wszystko, czego doświadczamy i moglibyśmy doświadczyć – możemy przeżyć wyłącznie poprzez umysł.

Weźmy na przykład nasze domy. Wielu z nas bardzo dba o to, gdzie mieszka. Wynajmujemy, kupujemy lub budujemy ładne domy, które zaimponują naszym sąsiadom i przyjaciołom i bardzo starannie je urządzamy. Spędzamy mnóstwo czasu na planowaniu tego, co umieścimy w naszym mieszkaniu, jak je wyposażymy i ozdobimy. Poświęcamy mnóstwo czasu, mnóstwo pieniędzy, ciężko pracujemy tylko po to, by mieć ładny dom, ładny samochód i ładne ubrania. Przez większość życia utrzymujemy tę przestrzeń dla siebie, dbamy o jej porządek i czystość – ale tak naprawdę nie żyjemy w naszych domach. Nie żyjemy w naszych budynkach. Żyjemy w naszych umysłach – to jest nasz prawdziwy dom. Niezależnie od tego, dokąd się udamy – do Australii, Europy, Ameryki czy Afryki – zabieramy swój umysł ze sobą. Nigdy nie możemy go zostawić; nasz umysł to nasz prawdziwy dom.

Ile czasu i wysiłku poświęcamy jednak na sprzątanie, dekorowanie i upiększanie tego jedynego miejsca, w którym naprawdę żyjemy? Pomyślcie o tym. To tutaj mieszkamy, a mimo to dzień po dniu zapełniamy je coraz większą ilością gratów i śmieci poprzez telewizję, filmy, książki, magazyny, media, rozmowy i nasze własne rozmyślania. Upychamy tam coraz więcej tandety i odpadków, a kiedy to sprzątamy? Żyjemy na wielkim wysypisku śmieci i nie ma znaczenia, jak luksusowe są nasze zewnętrzne domy, jak eleganckie są nasze ubrania czy jak piękna jest nasza fryzura. Żyjemy w koszu na śmieci, w kontenerze, którego nigdy nie sprzątamy. Nigdy nie otwieramy okien ani drzwi, by wpuścić świeże powietrze. A potem, na szczycie tej ogromnej góry śmieci, chcemy zbudować piękną świątynię zwaną życiem duchowym. Nikt nie buduje świątyni na wysypisku.

Spójrzmy na to z innej strony: gdybyśmy zapraszali bardzo szacownego gościa, powiedzmy – Jego Świątobliwość Dalajlamę do naszego domu, czyż nie posprzątalibyśmy go najpierw? Czyż nie staralibyśmy się uczynić wszystkiego tak pięknym, miłym i przytulnym, jak to tylko możliwe, zanim powiemy: „Wasza Świątobliwość, proszę wejść, proszę usiąść”? Jeśli więc zapraszamy wszystkich buddów i bodhisattwów do naszych serc, najpierw musimy zrobić małe porządki w domu. To tutaj żyjemy. Dlaczego nie sprawić, by to miejsce było pachnące, czyste, przewiewne i przestronne? Z jednej strony właśnie o to chodzi w medytacji. Chodzi o to, by najpierw nauczyć się otwierać drzwi i okna umysłu, a następnie powoli przeglądać i wyrzucać te wszystkie śmieci.

Zazwyczaj nasze umysły są bardzo wzburzone – pobudzane przez sześć zmysłów: oczy, uszy, nos, usta (smak), dotyk, a także przez szósty zmysł, którym jest sam umysł ze swoimi myślami, wspomnieniami, ideami i opiniami. Wszystko to nieustannie mąci umysł, a ponieważ znajduje się on w stanie zamętu przez ciągłe pobudzanie myślami, wyobrażeniami i wrażeniami napływającymi z zewnątrz, nie widzimy rzeczy jasnymi. Nie odzwierciedlamy zewnętrznego otoczenia takim, jakim jest w rzeczywistości. Otrzymujemy jedynie naszą własną wersję, zniekształconą przez nasze osądy, myśli, opinie i koncepcje – przez to wszystko, co dzieje się w środku. Nie reagujemy więc na to, co naprawdę się dzieje, lecz na naszą własną interpretację tych wydarzeń. Kiedy próbujemy spojrzeć w sam umysł, jest on tak wzburzony, że nie potrafimy jeszcze dostrzec niczego poza powierzchownymi myślami i wewnętrzną paplaniną.

Dzięki medytacji siamatha umysł zaczyna się wyciszać. Zmysły zewnętrzne nie są już tak aktywne, podczas gdy wewnętrzny szósty zmysł – sam umysł – staje się bardzo spokojny, cichy i jednoupunktowiony. Wtedy staje się on czystym umysłem i widzi bardzo dokładnie, ponieważ dostrzega po prostu to, co się dzieje, bez zbędnej interpretacji. Jednocześnie jesteśmy w stanie wykorzystać ten spokojny, skupiony umysł do wglądu w samego siebie i do przedarcia się przez coraz subtelniejsze warstwy psychiki. Dlatego to pierwsze osiągnięcie stanu spokoju i jednopunktowości jest naprawdę niezwykle ważne.

Jeden z lamów powiedział mi kiedyś, że jeśli mamy dobrą praktykę siamathy, to cała Dharma jest w zasięgu naszej ręki.

Zazwyczaj, jakiekolwiek praktyki wykonujemy, jeśli robimy to z rozproszonym umysłem, nie przyniosą one rezultatu. Księgi mówią, że nawet jeśli będziemy recytować mantrę przez sto eonów z rozproszonym umysłem, nie osiągniemy celu. Jeśli jednak wypowiemy choćby kilka mantr z umysłem, który jest naprawdę skoncentrowany i zjednoczony z praktyką, rezultaty pojawią się bardzo szybko. Dlatego warto trenować swój umysł najlepiej jak potrafimy, aby stawał się cichy, skupiony i spokojny. Jest to jednak dopiero etap numer jeden, a nie koniec drogi.

Kiedy Budda opuścił swój pałac, by szukać odpowiedzi na problemy cierpienia i jego przyczyn, najpierw studiował u dwóch joginów. Ci jogini nauczali pewnego rodzaju praktyki siamathy. Tradycyjnie w praktyce siamathy istnieje wiele poziomów, z których cztery to poziomy subtelnej materii (formy), a wyższe nazywane są poziomami bezforemnymi lub niematerialnymi. Na tych bezforemnych poziomach nie ma myślenia jako takiego. Istnieje nieskończoność przestrzeni, nieskończoność świadomości, stan ani percepcji, ani nie-percepcji oraz stan zupełnej nicości. To bardzo wyrafinowany stan umysłu i ostateczny stan pustki – nie ma tam ani świadomości, ani braku świadomości. W tamtych czasach uważano to za wyzwolenie. Budda osiągnął ten stan bardzo szybko, ale uznał, że to nie jest wyzwolenie – to wciąż znajdowało się w sferze narodzin i śmierci, i nie wykraczało jeszcze poza nie. Opuścił więc tych joginów i ruszył w dalszą drogę.

Dlaczego zatem nie jest to wyzwolenie? Tego rodzaju medytacja, choć bardzo ważna jako przygotowanie, w przypadku zbyt długiego oddawania się jej może przynieść odwrotny skutek do zamierzonego. Może się zdarzyć, że stan błogości zadziała jak tarcza ukrywająca negatywne emocje, złudzenia, chciwość, pożądanie, gniew i złe intencje, które wciąż leżą uśpione i nie zostały przepracowane. Czasami praktykujący wchodzą w stany błogości i myślą, że są wyzwoleni – są tak przepełnieni błogostanem, a wszystko jest tak czyste. Jest to bardzo niebezpieczne, ponieważ łudzimy się, że jesteśmy znacznie bardziej rozwinięci duchowo niż w rzeczywistości i że wszystkie nasze negatywne emocje zostały wykorzenione. Możemy sobie wyobrażać, że nie mamy już żadnych negatywnych emocji, ponieważ znajdujemy się w tym stanie błogości i jasności, gdzie wszystko jest jednością i jest tak cudownie. Patrzymy i nie widzimy tam nic negatywnego, ponieważ zostało to zakryte, ale te splamienia cały czas tam są i rosną pod powierzchnią. Gdy nadarzy się okazja, wybuchają – często z ogromną siłą i w sposób niekontrolowany.

Te negatywne emocje ulegają wzmocnieniu, ponieważ umysł stał się teraz tak potężny, że choć te złudzenia są zazwyczaj ukryte, to kiedy wybuchną, są o wiele groźniejsze, niż mogłyby być w zwykłym, niewytrenowanym umyśle. Istnieje wiele współczesnych, bardzo niepokojących przykładów takich sytuacji u niektórych guru, choć sytuacje te są oczywiście ukrywane przez ich uczniów. Możemy wejść w stan, w którym wszystko wydaje się absolutnie idealne, ale w rzeczywistości głęboko zakorzeniony problem nigdy nie został rozwiązany. Kiedy więc powraca, jest jeszcze trudniejszy do opanowania.

Istnieje również problem pozostawania w stanie spokoju i przywiązania do niego, przywiązania do doświadczenia wewnętrznej błogości. Można przywiązać się do wszystkiego, a to ostatecznie staje się przeszkodą. Niemniej jednak, jako pierwszy krok, rozwinięcie tej zdolności wyciszenia umysłu i doprowadzenia go do jednopunktowości jest bardzo ważne.

Istnieje wiele sposobów, aby to osiągnąć. Ważne jest, aby na początku nie traktować medytacji jako testu wytrzymałości. Jeśli przyjrzymy się umysłowi, zauważymy, że jest on bardzo dziki i nieostrożny. Budda porównał umysł do dzikiego słonia. Dziki słoń to nie to samo, co słonie, które widzimy w ogrodach zoologicznych czy cyrkach. Dzikie słonie są zazwyczaj łagodne, ale kiedy wpadną w szał, niszczą wszystko. Wyrywają drzewa z korzeniami, przedzierają się przez dżunglę, są całkowicie niekontrolowane i bardzo niebezpieczne. Wyrządzają ogromne szkody. Budda porównał nasz umysł do dzikiego słonia i to nie tylko dzikiego, ale będącego w okresie rui. Czasami porównywał też umysł do małpy, która ciągle skacze i nigdy nie siedzi spokojnie. Jeśli przyjrzycie się małpom na wolności, zobaczycie, że spędzają cały czas na skakaniu, walce ze sobą, kopulacji i ogólnym kombinowaniu, jak spsocić coś nowego. Taki właśnie jest nasz umysł.

Pomyślcie o umyśle jak o dzikim koniu – istnieją zasadniczo dwa sposoby na okiełznanie dzikiego konia.

Możemy go złapać i zmuszać do posłuszeństwa biciem, możemy zmusić go do spełniania naszej woli poprzez poganianie, ograniczanie lub chłostę. W końcu koń się podda i stanie się potulny. Otrzymamy jednak wtedy złamanego, smutnego i pełnego żalu wierzchowca. Czasami w Indiach można zobaczyć konie ciągnące powozy i wiemy, że tak właśnie są traktowane. To bardzo nieszczęśliwe, przygnębione zwierzęta, które próbują zrobić wszystko, aby uciec od swojej pracy, ale są siłą zmuszane do posłuszeństwa.

Możemy także spróbować oswoić naszego konia łagodniejszymi metodami – poprzez delikatne i powolne nęcenie go, stopniowe zjednywanie sobie jego przychylności, uciszanie jego lęku, dawanie mu do zrozumienia, że nie stanie się nic złego i bardzo cierpliwe zdobywanie jego zaufania, aż w końcu zacznie się uspokajać, ufać i ostatecznie stanie się potulny i chętny, by robić to, czego chcemy i sprawiać nam radość.

Podobnie istnieją dwa podejścia do oswajania umysłu. Jedno z nich polega na tym, że naprawdę zmuszamy umysł poprzez długie sesje siedzenia, nie ruszając się ani na chwilę i wymuszając na nim koncentrację. To może zadziałać, albo pozostaniemy z umysłem, który może już nigdy więcej nie chcieć medytować, lub nasz umysł poczuje się tak wspaniale z powodu tego, że był w stanie siedzieć i koncentrować się przez wiele godzin bez ruchu, że będzie chciał to kontynuować.

Uważam jednak, że o wiele bardziej zręczny jest sposób, którego uczył mój nauczyciel – czyli zjednanie sobie umysłu przez wspólpracę. Kiedy oglądamy ciekawy film, program telewizyjny lub czytamy fascynującą książkę, nikt nie musi nas zmuszać do koncentracji. Jesteśmy tam, jesteśmy pochłonięci, zjednoczeni z tym, godziny mijają, a my nawet tego nie zauważamy. Nasz umysł jest bardzo jednoupunktowiony. Nie możemy się oderwać i siedzimy do późna w nocy. Mamy więc wszyscy zdolność do bycia jednoupunktowionym, pochłoniętymi i skoncentrowanymi na jednym wydarzeniu. Naszym wyzwaniem jest przeniesienie tego rodzaju zainteresowania i pochłonięcia na coś, co początkowo nie jest absolutnie fascynujące – jak obserwowanie wdechu i wydechu, minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu, rok po roku.

Dlatego, jeśli ktoś nigdy wcześniej nie praktykował zbyt wiele, dobrym pomysłem jest rozpoczęcie od krótkich sesji. Wynika to z faktu, że kiedy faktycznie zaczynamy medytować, jeśli zaczynamy stawać się bardziej skoncentrowani i spokojni, to świetnie. Jeśli przerwiemy akurat wtedy, gdy wciąż czerpiemy przyjemność z praktyki i moglibyśmy wytrzymać jeszcze chwilę dłużej, wtedy nasz umysł zapamięta, że „to była zabawa” i chętnie spróbuje ponownie. Jeśli posuniemy się za daleko, umysł się zmęczy i stracimy koncentrację. Jeśli będziemy naciskać, następnym razem, gdy usiądziemy, umysł zapamięta uczucie zmęczenia i nudy, a w umyśle pojawi się niechęć na samą myśl o tym.

Nie próbujemy toczyć walki z umysłem. To nie jest kwestia podporządkowania sobie i bicia umysłu, dopóki w końcu nie zacznie słuchać. Chodzi o zachęcenie go do współpracy i uświadomienie mu, że w spokoju, większej jednoupunktowieniu i jasności kryje się prawdziwe szczęście. Początkowe trudności to wewnętrzne rozproszenia, których doświadczamy, a które w rzeczywistości nie stanowią problemu, ponieważ można je wykorzystać jako część procesu.

Ludzie wyobrażają sobie, że kiedy siadają do medytacji, powinni natychmiast uzyskać dostęp do głębokich poziomów ciszy, spokoju i jednoupunktowienia. Kiedy jednak siadają i odkrywają, że mają jakby więcej myśli niż zwykle, bardzo się zniechęcają. Każdy doświadcza mniej więcej tych samych problemów. Jestem pewien, że nawet sam Budda nigdy po prostu nie usiadł i natychmiast nie pozbył się myśli. Gdyby tak było, nigdy nie mógłby uczyć medytacji, bo nie znałby tych problemów. O problemach związanych z medytacją mówił jednak tak wiele, że musiał ich sam doświadczyć – skąd inaczej by o nich wiedział? Każdy ma problemy, każdy ma trudności, a ci, którzy ostatecznie osiągają sukces, to ci, którzy wytrwają.

Czasami, jeśli czujemy, że nie dajemy rady, pomaga skracanie sesji. Praktykujemy, dajemy umysłowi odpocząć i zaczynamy od nowa, odpoczywamy i znów zaczynamy – i stopniowo umysł zaczyna się aklimatyzować. To jak ćwiczenia fizyczne. Jeśli chcemy uprawiać jogę lub aerobik i zaczynamy od dwugodzinnej sesji, a nigdy wcześniej nie ćwiczyliśmy, to albo zasłabniemy w trakcie, albo następnego dnia nie będziemy mogli się ruszyć. Oczywiście, że nie będziemy mogli się ruszyć, bo wszystko nas boli! Myślimy wtedy: „Och, joga, nawet o tym nie wspominaj”. Nie chcemy próbować ponownie. Jeśli jednak zrobimy krótką sesję i rozciągniemy się tak daleko, jak możemy, ale nie za daleko, pomyślimy: „Nie jest tak źle, spróbujmy jeszcze raz”. Potem kontynuujemy, sesje stają się coraz dłuższe i zanim się obejrzymy, te ćwiczenia, które wykonywali inni, bardziej zaawansowani studenci jogi i które wydawały się tak niemożliwe… nagle my też potrafimy je zrobić.

Dlaczego z umysłem miałoby być inaczej? Jest całkowicie niewytrenowany i nieokiełznany jak dziki koń. Oczywiście, że na początku będą problemy, będzie opór. Bądźmy więc zręczni. Bardzo stopniowo skracajmy linę, podawajmy cukier. Musimy upewnić umysł: „To jest prawdziwe schronienie dla ciebie. To wspaniała rzecz, jeśli tylko potrafimy stać się choć trochę spokojniejsi, cichsi, bardziej wycentrowani, skupieni i jednoupunktowieni. Och, umyśle, będziesz taki szczęśliwy! Tu leży twoje szczęście, to jest ta droga”. Musimy jednak iść dalej i dalej. Na niektórych sesjach umysł zaczyna współpracować, wszystko staje się o wiele łatwiejsze, miłe i spokojne. Myślimy: „Mam to!”, a na następnej sesji myśli latają absolutnie wszędzie. Ale to w porządku, nie ma problemu. Jeśli umysł chce być dziki i rozproszony, niech taki będzie, ale powoli ściągajmy go z powrotem – to jest właściwa droga.

Oczywiście, że umysł ma myśli; naturą umysłu jest posiadanie myśli. Jeśli pomyślimy o umyśle jak o oceanie, to powierzchnia oceanu ma fale. Nie ma problemu. Jeśli pomyślimy o umyśle jak o niebie, to niebo ma chmury. Nie martwcie się więc myślami. Pozwólcie im odejść, po prostu nie dawajcie im energii.

Poza faktem, że umysł ma myśli, istnieją zasadniczo dwa problemy, które napotykamy podczas praktyki. Pierwszy problem to ociężałość lub zapadanie się. Kiedy siedzimy, zaczynamy odczuwać silną senność – to jest rażąca ociężałość. Niektórzy ludzie, kiedy zaczynają medytować, wchodzą w taki stan uśpienia. To bardzo powszechne. Milarepa, wielki tybetański jogin żyjący w XI wieku, kiedy zaczynał, medytował z zapaloną lampką maślaną na głowie. Widocznie on też miał podobne problemy. Moja znajoma używała małej miseczki napełnionej po brzegi wodą, którą stawiała sobie na głowie. To sposób na to, by nie zasnąć. Musimy być pomysłowi i nie poddawać się senności, nie tworzyć nawyku.

Subtelne zapadanie się jest jednak groźniejsze, ponieważ jest mniej oczywiste. Możemy wejść w stan, który jest spokojny i bardzo pokojowy, ale w którym jest niewiele uważności – i możemy tak siedzieć godzinami. Prawdziwy umysł medytacyjny jest bardzo zrelaksowany i przestrzenny, ale jednocześnie całkowicie czujny, bardzo jasny i przejrzysty. Jeśli więc znajdujemy się w stanie, w którym jesteśmy bardzo spokojni i przestrzenni, ale brakuje tej żywej jasności lub czujnej uważności, to oznacza, że się zapadamy. Jest to niebezpieczne, ponieważ można pozostać w tym stanie przez długi czas i myśleć, że wchodzi się w głęboką medytację. Ale to nie jest medytacja. To tylko subtelny stan zapadania się, a potem, kiedy wychodzimy z medytacji, dryfujemy i unosimy się w powietrzu, wszystko jest piękne i spokojne – „syndrom chmury błogości”. Wtedy poważnie schodzimy na manowce, ponieważ powinniśmy wychodzić z medytacji z poczuciem uziemienia, ale też bycia bardzo obecnym, uważnym i przebudzonym. To proces budzenia się, a nie usypiania.

Drugim głównym problemem jest oczywiście nasz stary towarzysz – rozproszenie. Jeśli umysł jest nadaktywny i bardzo rozproszony, antidotum na to jest przebywanie w nieco cieplejszym pomieszczeniu, noszenie cieplejszych ubrań, jedzenie większej ilości pożywienia i ogólne uziemienie się. Czasami wizualizujemy ciemny punkt tuż pod pępkiem, aby sprowadzić umysł w dół. Czasami mówi się również, że powinniśmy pomyśleć o cierpieniach samsary oraz o fakcie nietrwałości i śmierci, i o tym, że nie mamy czasu do stracenia, abyśmy mogli siedzieć z poczuciem pilności. Skoro zmarnowaliśmy już tyle czasu, to nie jest moment na dalsze jego marnowanie. To jest czas na medytację. To czas, by zachować powagę i włożyć cały nasz wysiłek w tę praktykę. Nie wolno nam znowu rozpraszać energii poprzez ciągłe myślenie, wpadanie w ekscytację, chęć wstania i pójścia gdzie indziej. Musimy być wobec siebie bardzo stanowczy, bardzo twardzi i klarowni w tym, co zamierzamy zrobić.

To bardzo proste i być może powinniśmy dbać o to, by nasza praktyka była bardzo prosta, szczególnie na początku. Ważną rzeczą, którą musimy zrobić, jest po prostu skierowanie uwagi na oddech. Wdech, wydech – po prostu to czuć, nie zmieniać oddechu w żaden sposób, nie komentować go, nie myśleć o nim i nie analizować go, ale po prostu go znać i doświadczać oddechu w danej chwili w jak największym stopniu, bez żadnego komentarza myślowego. Gdy tylko komentujemy w myślach, nie jesteśmy z oddechem, po prostu znowu o nim myślimy.

Wszystkie myśli, które pojawiają się w umyśle, tradycyjnie uważa się za niechcianych gości. Czekają, aż się ich poprosi żeby usiedli, ale nikt ich o to nie prosi. Z pewnością nie proponujemy im herbaty ani nie pytamy, jak się mają. Ignorujemy ich, jakby ich po prostu nie było. Jeśli zignorujemy naszych niechcianych gości, w końcu poczują się nieco zakłopotani i po pewnym czasie wyjdą.

Tak samo jest z naszymi myślami, które są falami na oceanie umysłu. Nie dajemy im energii. Nie poświęcamy im uwagi. Nie rozmyślamy o naszych myślach. Nie podążamy za nimi, ignorujemy je i nie przejmujemy się nimi. Nasza uwaga skupia się wyłącznie na wdechu i wydechu – to wszystko, co musimy zrobić. Jeśli nasz umysł zbacza z drogi i znów dajemy się złapać myślom, po prostu pozwalamy im odejść i wracamy do oddychania. Jeśli spędzimy cały czas na byciu z oddechem, gubieniu się, sprowadzaniu umysłu z powrotem, odlatywaniu i ponownym sprowadzaniu go z powrotem – to w porządku, nie ma problemu. Powoli, powoli zaczynamy być z oddechem coraz częściej. Nasz oddech zaczyna się bardziej wyróżniać i staje się wyraźniejszy, bardziej żywy, podczas gdy inne rzeczy schodzą na dalszy plan.

Na początku w środku jest mnóstwo śmieci, więc wydaje się, że nie ma tam miejsca, ale po pewnym czasie, jeśli naprawdę wykażemy się cierpliwością i będziemy próbować przywracać uwagę raz po raz, w końcu myśli i dźwięki cofną się w tło, gdzie staną się tylko odległymi odgłosami. Z czasem, rzecz jasna, same z siebie zaczną się wyciszać, ale to nie stanie się natychmiast. Prawdziwymi cechami potrzebnymi w życiu duchowym są cierpliwość i wytrwałość”.

Tenzin Palmo

Przekład: Miłosz Rynarzewski

Źródło:

https://tenzinpalmo.com/archive/transcripts/paramitas/meditation/

DOSKONAŁOŚCI MEDYTACYJNEJ RÓWNOWAGI I WYRZECZENIA

„Chociaż różnią się nazwą, sanskrycka doskonałość medytacyjnej równowagi i palijska doskonałość wyrzeczenia dotyczą tych samych praktyk: wyrzeczenia się zmysłowych przyjemności i rozwijania koncentracji. Doskonałość stabilizacji medytacyjnej dotyczy budowania koncentracji w dziewięciu etapach przedłużania uwagi. Ta metoda została już wcześniej opisana.

Bodhisattwa porzuca dążenie do zmysłowych uciech na rzecz ośmiu medytacyjnych wniknięć, które nie są jednak głównym przedmiotem jego uwagi. Jego celem ostatecznym jest posłużenie się koncentracją dla rozwinięcia wglądu skupionego na pustce, odcięcie dzięki niemu korzenia samsary i usunięcie dwóch rodzajów zaciemnień.

Paramisa wyrzeczenia jest zakorzeniona w zrozumieniu niezadowalającej natury samsary. Z poczuciem duchowej konieczności (samvega) bodhisatta porzuca przywiązanie do zmysłowych przyjemności i istnienia w światach samsary. Wyrzeczenie chroni też bodhisattwów przed skrajnym ascetyzmem, przed uwikłaniem w skalanie innych i przed oddawaniem się zmysłowym rozkoszom.

Aby wzmocnić wyrzeczenie, bodhisattwowie rozważają niebezpieczeństwa związane z owymi przyjemnościami, rozproszenie, którego źródłem jest życie rodzinne, oraz zalety życia klasztornego. Dostrzegają, iż kariera i rodzina wiodą do licznych uwikłań, które kradną czas i wzmacniają zafałszowania. Przyjemności zmysłowe dają ograniczoną radość, za to mnóstwo kłopotów, jak miód zlizywany z ostrza miecza. Są ulotne jak błyskawice oraz zwiększają pragnienie, jak picie słonej wody.

Widząc te wady, bodhisattwowie kontemplują zalety wyrzeczenia, prostotę i samotność, czyli wybierają życie klasztorne. Życie zgodne z kodeksem etycznym, zadowolenie ze zgrzebnej szaty, wyżebranego jedzenia i prostego schronienia umożliwiają im zaś zaznanie radości medytacji i osiągnięcie stanów jhana. Tutaj Dhammapala omawia trzynaście praktyk ascetycznych i czterdzieści przedmiotów medytacji dla rozwijania spokoju”.

Dalajlama BUDDYZM, JEDEN NAUCZYCIEL, WIELE TRADYCJI (2015) Wydawnictwo REBIS (strony 331)

Przekład: Maciej Magura Góralski